SP5DZC Przygoda z radiem

Jan Walaszkowski - SP5DZC

Urodziłem się 13 lutego 1931 roku w Starachowicach. Miałem 7 lat, gdy mój Ojciec kupił i zainstalował pierwsze w naszym domu radio. Wtedy radio traktowałem tylko jako atrakcyjny przedmiot dostarczający rozrywki. W 1939 roku, po zajęciu Polski przez wojska hitlerowskie, okupant nakazał oddanie odbiorników radiowych.

W tym miejscu, młodszemu pokoleniu warto przypomnieć, że w czasie okupacji hitlerowskiej posiadanie odbiornika lub nadajnika radiowego było zabronione i bardzo surowo karane nawet osadzeniem w obozie koncentracyjnym, co bardzo często kończyło się śmiercią.

Mój Ojciec zdecydował się radio zniszczyć. Prawdziwy szok przeżyłem, gdy patrzyłem jak rozbijał radio i jak głęboko zakopuje resztki w ogrodzie. Myślę, że to zdarzenie pozostawiło pewien ślad w mojej pamięci, ale to nie był jeszcze decydujący bodziec do zainteresowania się radiem.

W 1943 roku losy wojny rzuciły mnie wraz z rodziną do Opoczna, gdzie w 1944 ukończyłem szkołę podstawową i uczęszczałem na tajne komplety nauczania przygotowujące do szkoły średniej.

W 1944 roku na strychu domu w którym nas zakwaterowano znalazłem wydaną w 1927 roku książkę RADIOTECHNIKA DLA WSZYSTKICH. Początkowo z ciekawości a stopniowo z rosnącym zainteresowaniem czytałem strona po stronie bardzo przystępnie napisaną książkę i starałem się jak najwięcej zrozumieć. Dziś oceniam, że to miało decydujący wpływ na moją przygodę z radiem.

17 stycznia 1945r nastąpiło wyzwolenie Opoczna spod okupacji niemieckiej. Cofające się w ogromnej panice wojsko pozostawiło wiele sprzętu w tym różnego typu radiostacje. Kierując się bardziej instynktem i chęcią posiadania niż fachową wiedzą, wspólnie z kolegami „zabezpieczyliśmy” kilka egzemplarzy.

Od wczesnej wiosny 1945 roku uczęszczałem do Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego w Opocznie gdzie fizyki uczył profesor Pasierbiński w czasie Powstania Warszawskiego żołnierz AK i łącznościowiec. To On, gdy dowiedział się o moich zainteresowaniach, dopingował mnie do pogłębiania wiedzy i praktycznego działania. Pod Jego kierunkiem, wykorzystując części z „zabezpieczonych” poniemieckich radiostacji, w 1946 roku zbudowałem na lampach RV2,4P700 i RL2,4P2 prosty bateryjny odbiornik z dodatnim sprzężeniem zwrotnym (tzw. „reakcją”). Służył mi on długi czas, między innymi, do nasłuchów stacji amatorskich na falach krótkich w pasmach 7 i 14MHz.

Po pewnym czasie rozszyfrowałem co oznaczają powtarzane przez nadawców kilkakrotnie G2ABC czy SM5XYZ. Zapisywałem z coraz większym zainteresowaniem usłyszane nowe kraje stając się w ten sposób zupełnie nieświadomie nasłuchowcem. Nieświadomie, gdyż moja wiedza o krótkofalarstwie była skromna a kontakty z doświadczonymi przedwojennymi krótkofalowcami bardzo utrudnione ze względu na odległości – ciągle mieszkałem w Opocznie oddalonym od Łodzi czy Warszawy o ponad 100km.

W roku 1946 ukazał się pierwszy po wojnie miesięcznik RADIO DLA TECHNIKÓW I AMATORÓW, którego byłem stałym czytelnikiem aż do jego zamknięcia (chyba na początku lat 50 – tych). Gromadziłem również katalogi i wydawnictwa fachowe, początkowo poniemieckie a później wydawane w kraju prawie wszystkie książki poświęcone naszemu hobby. Niektórych autorów poznałem osobiście. Książki z ich dedykacjami zajmują honorowe miejsce w mojej „podręcznej” fachowej biblioteczce.

1 września 1945 roku wstąpiłem do ZHP do drużyny im. Władysława Jagiełły w Opocznie. Byłem Kronikarzem i Sekretarzem Drużyny a w latach 1949 – 1950 Sekretarzem Komendy Hufca ZHP w Opocznie.

Po zakończeniu wojny wzrosło bardzo zapotrzebowanie społeczeństwa na odbiorniki radiowe. W pierwszych miesiącach źródłami zaopatrzenia byli szabrownicy penetrujący Ziemie Odzyskane i żołnierze Armii Czerwonej wracający z Niemiec do domu. W przypadku tych ostatnich walutą były butelki samogonu lub zegarki. Tak kupione radia prawie zawsze wymagały przeglądu lub remontu, otworzyła się więc możliwość dorobienie paru groszy. Klienci bywali czasami kapryśni i wymagający. Pamiętam, jak po kilku dniach właściciel radia zjawia się ponownie i stawiając zreperowane radio na stole mówi: Ono nie odbiera!!. Włączam radio – radio gra. Pytam więc o co tu chodzi ?, a klient na to: Ono gra, ale nie odbiera Londynu. Chodziło oczywiście o radio BBC w języku polskim nadające wiadomości inne od oficjalnych nadawanych przez krajowe rozgłośnie z Kraju. Odbiornik trzeba było trochę przestroić i klient był zadowolony. Bywali również klienci łatwowierni i zdyscyplinowani. Oto skrajny przykład: Siedzimy z kolegą nad reperowanym radiem, gdy zdyszany klient przynosi odbiornik i prosi o stwierdzenie czy da się zreperować. Zaglądamy do środka i widzimy spalony bezpiecznik. Nagle mój kolega, znany dowcipniś, pyta: Abonament Pan zapłacił ?. Klient: Nie. Na to kolega: No tak myślałem, eter Panu wyłączyli, biegnij Pan na pocztę a my zrobimy przegląd radia. Delikwent pobiegł zapłacić abonament a ja wymieniłem bezpiecznik.

Dzieląc czas między naukę, nasłuchy i okazyjną reperację odbiorników radiowych ukończyłem w 1950 roku szkołę średnią i rozpocząłem studia na Wydziale Łączności Politechniki Warszawskiej (obecny Wydział Elektroniki).

Po pomyślnym ukończeniu studiów w 1955 dostałem na Uczelni skierowanie (tzw. Nakaz Pracy) do Centralnego Biura Projektowo Badawczego Budownictwa Kolejowego „Kolprojekt” w Warszawie. Młodsi na pewno nie wiedzą co to był nakaz pracy. Otóż, mówiąc w dużym uproszczeniu, było to według ówczesnych władz „planowane i celowe zagospodarowanie młodych kadr inżynierskich zgodnie z potrzebami socjalistycznej gospodarki”.

Początkowo mieszkałem w hotelu pracowniczym z moim nieodłącznym odbiornikiem nasłuchowym i ciągle miałem kłopoty z odbiorem CW. Dopiero Armia zadbała abym doszlifował telegrafię, gdyż po roku pracy powołano mnie na kilkumiesięczny kurs doskonalenia rezerwy oficerów łączności LWP. Po kursie nadawałem kluczem sztorcowym i odbierałem tekst mieszany (literowo – cyfrowy) z szybkością 16 - 20 grup/minutę.

Niedługo po tym, z inicjatywy kolegi Henryka Paszkowskiego - SP5HP (sk), przy biurze w którym pracowałem, powstał klub LOK - SP5PKP. Prezesem klubu został SP5HP. Współpracowałem z Nim między innymi przy kompletowaniu sprzętu i konstrukcji nadajnika klubowego. Przez wiele lat byłem jednym z operatorów stacji klubowej a także Wiceprezesem bardzo aktywnego w tym czasie Klubu.

Za namową Prezesa SP5HP wstąpiłem do PZK i uzyskałem znak nasłuchowy SP5-1234. Po odbyciu stażu nasłuchowego i zdaniu egzaminu przed Komisją, której przewodniczył kolega Wacław – SP5WL, w dniu 27.10.1969 otrzymałem licencję i znak SP5DZ.

Klub działał prężnie, radiostację SP5PKP można było usłyszeć na pasmach prawie codziennie. Musiało to „kogoś” zaniepokoić o czym świadczy rozmowa, którą przeprowadził jeden z członków Dyrekcji z Prezesem SP5HP i ze mną. Dyrektor: „ Jest taka delikatna sprawa. Złożył mi wizytę pewien energiczny Pan i upewniał się czy aby klub jest dobrze nadzorowany. Zwrócił mi uwagę, że biuro wykonuje bardzo często dokumentacje poufne a nawet tajne a w klubie prowadzi się łączności przeważnie w języku angielskim i nie wiadomo z kim. Dalej powiedział On, że oczywiście niczego nie podejrzewa, ale niedobrze by było gdyby jednak coś było inaczej. Proszę was Koledzy weźcie to pod uwagę”. Podziękowaliśmy za informację i uspokoiliśmy Dyrektora żeby się nie martwił zapewniając, że wszystko jest OK.

Do czasu rozwiązania klubu, co nastąpiło w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, SP5PKP skupiał a także wychował wielu młodych krótkofalowców.

Przypomnę kilka znaków: SP5CPY – Andrzej, SP5BMP – Janusz, SP5DZD – Józek, SP5AAW – Tadeusz (wyemigrował do Australii), SP5ADG - Zbyszek (mój bardzo dobry znajomy - pracuje i działa w Kanadzie jako VE3CTL),SP5DBR – Waldek ( pracuje i działa w USA jako N4PL), SP5ATS – Włodek, SP5ECZ – Irek (sk). Znaków kilku innych Kolegów nie pamiętam – przepraszam, ale cóż wiek robi swoje.

Pod własnym znakiem rozpocząłem pracę w eterze w końcu 1969r po modernizacji i uruchomieniu okazyjnie odkupionego od SP5ATS lampowego pięciopasmowego nadajnika KF, pracującego z modulacją AM i CW z mocą 50W. Nadajnik umieszczony był w obudowie radiostacji RBM1. W drugiej takiej samej obudowie mieścił się zasilacz. Odbiornikiem był wypożyczony z klubu demobilowy lampowy USP-2. Mieszkałem wówczas w Warszawie przy ulicy Przechodniej na 8 piętrze. Z okna do drzewa zawiesiłem antenę LW 40 m. Pierwsze QSO pod własnym znakiem przeprowadziłem w dniu 09.11.1969 z kolegą klubowym Andrzejem SP5CPY.

Rok później, mimo znacznej wagi sprzętu, zorganizowałem miesięczną symboliczną ekspedycję do „źródeł”, do mojej Rodziny w Opocznie i pracując tam pod znakiem SP5DZC/7 byłem pierwszą stacją dającą z tego powiatu punkty do dyplomu SPPA. Później moje letnie ekspedycje stały się tradycją. Pracowałem kilka razy jako SP5DZC/1 (Darłówek, Dąbki, Rowy, Okole), SP5DZC/2 (Dębki, Krynica Morska), SP5DZC/4 (Wojciechy), SP5DZC/5 (Józefosław).

W 1972 zmieniłem QTH. Przeprowadziłem się na ulicę Grzybowską do mieszkania na pierwszym piętrze. Uzyskałem zgodę administracji na zainstalowanie na dachu na 16 piętrze anteny GP7. Z okna do słupa ulicznej latarni oświetleniowej powiesiłem LW 40m.

Po powrocie z kilkumiesięcznej praktyki w LM Ericsson w Szwecji, kupiłem okazyjnie w 1975 roku fabryczny pięciopasmowy nadajnik firmy KENWOOD (Trio) TX-310 sterowany VXO. Aby w pełni wykorzystać możliwości tego urządzenia dobudowałem w obudowie TX tranzystorowo – lampową część odbiorczą oraz zewnętrzne VFO i w ten sposób stałem się posiadaczem pierwszego własnego transceivera SSB o mocy wyjściowej 10W. Ponieważ, po doświadczeniach z emisją AM, wydawało mi się, że 10W SSB to mało – zbudowałem wzmacniacz liniowy na dwóch GU50 sterowanych w katodzie.

Po ogłoszeniu stanu wojennego zdeponowałem sprzęt w wyznaczonym przez władze magazynie spodziewając się, że nie potrwa to długo, jednak myliłem się bardzo. Zniecierpliwiony, głodny wiadomości co się dzieje na pasmach, korzystając z tego, że moja niezawodna antena – LW 40m jeszcze wisiała, odkurzyłem i podczas letniego urlopu 1982 uruchomiłem mój poczciwy stary odbiornik nasłuchowy. Nasłuchy prowadziłem ponad miesiąc. Zaniechałem po tym jak zjawili się u mnie, prawdopodobnie zwabieni wiszącym LW, dwaj panowie ze Służby Bezpieczeństwa , którzy po przeszukaniu doradzili mi abym antenę zdemontował, co szybko wykonałem.

Po pewnym czasie „znajomi” panowie zjawili się ponownie, chyba po to aby sprawdzić czy czegoś nowego nie wykombinowałem bo z dachu budynku, w którym mieszkam, dwa dni wcześniej pracowała przenośna radiostacja „Solidarność”. Ponownie dokonali przeszukania, nic nie znaleźli. Napędzili mi jednak trochę strachu i na wszelki wypadek zdemontowałem mój odbiornik. Pozostały tylko lampy i kondensator strojeniowy. W drugiej połowie 1983 roku, zgodnie z zarządzeniem, złożyłem w PIR „Kartę aktualizacji zezwolenia na posiadanie i używanie amatorskiej radiostacji indywidualnej”. W odpowiedzi, bez jakiegokolwiek pisemnego uzasadnienia, zostałem poinformowany, że zezwolenia nie otrzymam. Myślę, że „maczali tu palce” dwaj panowie, którzy odwiedzali mnie wcześniej. Od tej decyzji odwołałem się do Głównego Inspektoratu PIR, który po ośmiu miesiącach odwołanie uwzględnił i wydał upragnione Zezwolenie.

W 1989 roku kupiłem mój pierwszy fabryczny TRX Icom IC-725 a w następnych latach: 1993 – Icom IC-718, 1998 – Yaesu FT- 997A, 2011 – Yaesu FT-950 i w 2020 – Yaesu FT991A. Te dwa ostatnie oraz anteny GP7 i LW40m stanowią obecne wyposażenie mojej stacji. Wcześniejsze TRX’y odstąpiłem początkującym krótkofalowcom.

Czy jestem aktywnym krótkofalowcem? Sądzę, że tak. Przeprowadziłem ponad 70000 QSO różnymi technikami na dostępnych pasmach KF. Mimo zaawansowanego wieku (90 lat) biorę wciąż czynny udział w wielu Zawodach. Również sponsoruję niektóre Zawody drobnymi upominkami. W rewanżu otrzymuję pamiątkowe dyplomy z podziękowaniami.

Od 07.10.2009 do 30.12.2010 pod znakiem okolicznościowym SP65DZC podsumowałem moją 65 letnią przygodę z radiem. w 2013 roku firma Bombardier Transportation Rail Engineering Sp. z o. o. (w której założeniu aktywnie uczestniczyłem) obchodziła 20-lecie. Z tej okazji pracowałem pod znakiem okolicznościowym 3Z20RE a pięć lat później jako 3Z25RE. W roku 2014 znalazłem Sponsora co umożliwiło polskiej grupie FIRAC zorganizowanie krótkofalarskich dni kolejarza. W tym dniach byłem aktywny jako SN2014DK.

W swoim dorobku posiadam także kilka udanych konstrukcji sprzętu KF (PA, QRP).

Nie kolekcjonuję dyplomów ale przez te 52 lata uzbierałem ich sporo. Poniżej kilka przypadkowo wybranych a wśród nich najstarszy – ZIEMIA BYDGOSKA – rok 1974 a także MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ DZIECKA – 1.12.1980 ostatni z „minionego okresu”.

Mam również kilka dyplomów międzynarodowych uzyskanych za pośrednictwem www.eQSL.cc

Poza PZK jestem członkiem Polskiej Grupy FIRAC, SP-OTC oraz Rag Chewer’s Club.

Czy czuję się człowiekiem spełnionym ? Tak czuję się człowiekiem spełnionym zarówno rodzinnie jak i zawodowo.
Blisko 60 lat temu ożeniłem się. Miałem wspaniałą, rozsądną, wyrozumiałą i akceptującą moje hobby Żonę. Dochowaliśmy się dwójki dzieci (syn i córka) i doczekaliśmy dwóch wspaniałych dorosłych już wnuczek.

A zawodowo? Jak wspomniałem wcześniej z tzw. Nakazem Pracy trafiłem do Kolprojektu w Warszawie. Osiągałem kolejne stanowiska od asystenta projektanta do kierownika pracowni. Wykonałem szereg poważnych opracowań projektowych dla wielu znaczących inwestycji jak między innymi elektryfikacja linii kolejowej Warszawa – Gdynia czy Centralna Magistrala Kolejowa.

Czynnie uczestniczyłem we wdrażaniu kolejnych systemów urządzeń sterowania ruchem kolejowym i jestem współposiadaczem kilku patentów w tej dziedzinie.

Za pionierskie zespołowe opracowanie i wdrożenie programu umożliwiającego projektowanie tablic zależności dla stacyjnych urządzeń zabezpieczenia i sterowania ruchem kolejowym przy zastosowaniu pierwszego polskiego lampowego komputera ZAM-2 otrzymałem w 1968 roku Wyróżnienie Naczelnej Organizacji Technicznej.

W drugiej połowie lat 80-tych w Kolprojekcie pojawiły się pierwsze komputery. Na zdjęciu w tle widoczny jest Commodore 128 jeden z pierwszych w mojej pracowni. Commodore 128 dysponował tylko 128 kB pamięci operacyjnej, 48 kB pamięci ROM i stacją dyskietek 5,25”. Mimo tego dzielnie wspomagał mnie w prostych ale pracochłonnych pracach projektowych i w prowadzeniu pracowni. Pisząc to widzę w wyobraźni uśmiechy na twarzach młodzieży siedzącej przed „wypasionym” sprzętem czytającej te wspomnienia i jednocześnie uświadamiam sobie jak wielkiego postępu technicznego byłem aktywnym uczestnikiem. W Kolprojekcie przepracowałem 37 lat. Gdy w 1993 roku opuszczałem firmę moja pracownia dysponowała już niezłymi PC-tami.

W latach 80-tych aktywnie działałem w Stowarzyszeniu Elektryków Polskich. W 1987 roku otrzymałem Srebrną Odznakę Honorową SEP a w roku 1988 uzyskałem tytuł Rzeczoznawca SEP.

W styczniu 1993 objąłem stanowisko Prezesa Zarządu utworzonej w tym czasie Spółki ABB Rail Engineering Ltd. (obecnie po zmianie udziałowców Bombardier Transportation Rail Engineering Polska Spółka z o.o.). Działalność Spółki jest związana z techniką transportową, a szczególnie z komputerowymi systemami bezpieczeństwa dla sterowania i automatyzacji w transporcie kolejowym. Aktywnie uczestniczyłem w adaptacji i wdrożeniu pierwszego na sieci PKP komputerowego systemu zabezpieczenia i sterowania ruchem pociągów EBILOCK. W roku 1999 zrezygnowałem z funkcji Prezesa Zarządu Spółki i przeszedłem na emeryturę pozostając w firmie do 2016 roku jako konsultant.

Czy moje 60 lat pracy zostały docenione ? Uważam, że tak. Zostałem uhonorowany wieloma dyplomami, nagrodami oraz odznaczeniami resortowymi i państwowymi. Najbardziej cenię sobie Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla rozwoju transportu kolejowego oraz Odznakę Honorową Zasłużony dla transportu Rzeczypospolitej Polskiej , które otrzymałem na wniosek nowego Zarządu Spółki. Jest to dla mnie nie tylko ocena przez najbliższe otoczenie mojego dorobku, ale również podsumowanie mojej pracy zawodowej.

W wywiadzie, który ukazał się w Świat Radio (Grudzień 2016 strony 46 – 49 „Janek SP5DZC wspomina”), zapytany przez Redaktora Andrzeja SP5AHT o moją aktywność krótkofalarską, opisałem swoje dokonania kończąc: Mam nadzieję, że Opatrzność będzie łaskawa i w 2021 r. uda mi się uczcić krótkofalarski jubileusz moich 90 urodzin pod znakiem SP90DZC.

Dziś wypada podziękować Opatrzności za to, że spełniły się moje odważne plany.

Czy jestem zadowolony z tego, że wybrałem takie hobby? Oczywiście tak !!! Gdybym mógł cofnąć się o te kilkadziesiąt lat postąpiłbym tak samo.

Janek – SP5DZC

Warszawa - Maj 2021

 

MOJE PRZEBOJE Z RADIEM

Moja pierwsza przygoda z radiem zaczęła się jeszcze przed pójściem do szkoły podstawowej w domu mojego stryja Czesława, który to zaprosił mnie do posłuchania radia detektorowego typu Detefon. Słuchając, nie mogłem pojąć jak to z takiego małego pudełka i słuchawek wydobywa się głos ludzki i muzyka. Jak stryj na chwilę wyszedł ukradkiem oglądałem to czarodziejskie pudełko z różnych stron, by dopatrzyć się podstępu. Później moje przemyślenia nie miały końca, jednak jakiegoś logicznego wytłumaczenia tego co przeżyłem nie mogłem znaleźć, więc na razie temat odłożyłem.

Drugie spotkanie z radiem było już w moim domu rodzinnym a to za sprawą radia typu Pionier B2. Było to wiosną 1955 roku, kiedy to mój Tata przyniósł spory pakunek do naszego domu. Po rozpakowaniu okazało się, że w środku jest ebonitowa skrzynka, linka miedziana na antenę oraz bateria anodowa typu BAS-80V i ogniwo 1,5V - do żarzenia lamp. Było to pierwsze radio na naszej wsi, pamiętam jak Tata stawiał wysokie maszty z sosnowych tyczek do powieszenia anteny. Jako izolatory posłużyły obcięte szyjki butelki (oryginalne gdzieś się zagubiły), które zostały nałożone na stożkową końcówkę wspomnianych żerdzi sosnowych. Radio eksploatowane było dosyć intensywnie, baterie wystarczały chyba na niezbyt długo, bo ciągle był problem z ich właściwym stanem, dobrze, że można było je kupić w sklepie GS w Hańsku. Często też ulegały uszkodzeniu lampy w ww. radiu, pamiętam jak sam przepaliłem włókno żarzenia. Rodzice ostrzegali by po wyłączeniu radia, nie włączać go powrotnie tylko trochę odczekać. Ja chciałem sprawdzić czy to prawda, no i sprawdziłem ale trzeba było kupić nową lampę głośnikową typu 3S4T.

Wielkim dla mnie przeżyciem było stawianie przez Tatę, wspomnianych masztów, ze stosowną anteną. Tata celowo postawił bardzo wysoką i długą antenę we właściwym kierunku (na zachód) by odbiór stacji WE był możliwie jak najlepszy. Muszę wspomnieć, że radio Pionier B2, mój Tata, otrzymał jako wyróżnienie za terminowe, obowiązkowe dostawy płodów rolnych, takie to były czasy. Oczywiście musiał za nie zapłacić, ale tak normalnie w handlu "takiego luksusu" nie było. Było to pierwsze radio na naszej wsi, wobec tego o określonych godzinach, kiedy nadawała audycje Radio Wolna Europa schodzili się sąsiedzi i nastawiali ucho do głośnika, by coś wyłowić z celowych zakłóceń. Pamiętam stwierdzenie naszego sąsiada Pana Leona Pakuły, który zawzięcie wysłuchiwał wszystkich dzienników WE, panie Wacławie (to imię mojego Taty), niedobrze, chyba znowu będzie wojna. Oni wszyscy, którzy przeżyli okropieństwo wojny, bardzo się bali, by znowu nie doszło do konfliktu.Pamiętam, że jeżeli WE podała o jakimś możliwym zagrożeniu, to na drugi dzień jechały furmanki do sklepu GS w Hańsku po sól, cukier, naftę i inne produkty, tak ludzie obawiali się niedostatku w przypadku wojny. Zasadniczo wieś wtedy była samowystarczalna, chleb pieczono w piecach, które był w każdym domu, mięso i mleko było w oborze, jednak ludzie chcieli mieć pełne komory wszystkiego co się może przydać na trudne czasy, potencjalnej wojny. Te wszystkie wrażenia, wyzwoliły we mnie odczucie, jaka jest potęga radia i jak można manipulować ludźmi. Już wtedy nabrałem szacunku do tej czarodziejskiej skrzynki a słowo radio było dla mnie czym co mnie elektryzowało.

Trochę się rozpisałem na temat problemów jakimi żyli ludzie w czasach po II wojnie światowej, w ten sposób chciałem ukazać, siłę radia. Wracam jednak do tematu mojego kontaktu z radiem.

Trzecie spotkanie z radiem miałem w Szkole Podstawowej w Dubecznie, (do której uczęszczałem) za sprawą nauczyciela Pana Tarasiuka, który to sam zbudował sobie radioodbiornik na krajowych tranzystorach typu TG2, TG5 i TG50. Pomyślałem sobie, skoro on to dlaczego nie ja. Jednak nie było to takie proste, nie udało mi się zdobyć pełnego kompletu odpowiednich części i ostatecznie radio nie zagrało. Tym bardziej, że budowa radia, przestała być aktualna, ponieważ już w latach sześćdziesiątych radia były bardziej dostępne i udało mi się pozyskać od mojego stryja Czesława uszkodzone radio tej samej marki, jakie było w naszym domu, czyli Pionier B2. Na zasadzie różnych eksperymentów udało mi się naprawić to radio. W komplecie radia był schemat ideowy, więc próbowałem poznać zasadę działania radia. W każdym razie posiadłem wiedzę jak radio przestroić, by odbierało na potrzebnych mi częstotliwościach (falach). Na naszej wsi do roku 1972 nie było światła, więc ciągle borykałem się z zasileniem tegoż urządzenie. Bateria anodowa i ogniwo żarzenia nie były tanie, a moim rodzicom się aż tak bardzo "nie przelewało", by dawać mi pieniądze na jakieś moje genialne pomysły. Ale jakoś sobie radziłem, by ostatecznie przestroić radio na fale krótkie na których nadają krótkofalowcy. Literaturę na temat krótkofalarstwa czerpałem wyłącznie z miesięcznika "Radioamator i krótkofalowiec", który regularnie kupowałem, jeżdżąc specjalnie co miesiąc do oddalonej o 25 km Włodawy. Pamiętam, jak kupiłem pierwszy w swoim życiu numer Radioamatora i krótkofalowca. Pojechałem autobusem PKS po coś do wspomnianej Włodawy i przechodząc obok kiosku Ruch przy ulicy Niepodległości zauważyłem za szybą leżący 10 numer z roku 1964 miesięcznika RiK. Kupiłem i przeczytałem go "od deski do deski" chyba z dziesięć razy. Większość artykułów była dla mnie niezrozumiała, ale próbowałem je sobie tłumaczyć na różne sposoby. O dziwo, udało mi się też znaleźć w Bibliotece Gminnej w Hańsku książkę E. Aisberga "Radio ależ to bardzo proste", w której to książce autor w bardzo prosty sposób, zasadę działania radia. Trochę materiałów zdobyłem też od mojego kolegi Leszka Dzieżbickiego, którego brat Stanisław pracował w zakładach radiowych Eltra w Bydgoszczy i przysyłał mu trochę różnych przedmiotów w tym zestaw edukacyjny jak zbudować radio z klocków (podzespołów funkcyjnych) i jakie jest ich przeznaczenie. Uzbrojony w taką wiedzę, miałem już trochę więcej pojęcia, jak działa radio.

Na przestrojonym radiu Pionier B2 mogłem już robić nasłuchy, radioamatorów krótkofalowców teoretycznie z całego świata. Nie pamiętam jakie stacje udało mi się usłyszeć, ale trochę posłuchałem, pomiędzy różnymi zajęciami w pracach w gospodarstwie rolnym. Byłem najstarszym dzieckiem w rodzinie, więc miałem sporo obowiązków.

Tak właśnie, wyglądały moje pierwsze przygody z radiem, które w późniejszym czasie bardzo mi się przydały, tworząc niezłe podstawy teoretyczne do nauki bardziej skomplikowanych zagadnień. Ciągłe poszukiwania i analiza wyzwoliły we mnie cechy charakteru, które chyba procentowały w późniejszym okresie.

Później była służba wojskowa, fajnie bo w jednostce łączności. W czasie szkolenia w koszarach, bardzo dużo czasu w programie szkolenie było poświęcone na odbiór alfabetu Morse΄a. Chyba codziennie była godzina lub dwie godziny i jeszcze z godzinę po obiedzie na nauce własnej. Niekiedy to aż uszy bolały od niezbyt wygodnych słuchawek typu TA-4. Wymogi były duże, na zakończenie okresu szkolenia, musieliśmy odbierać bezbłędnie, chyba 100 znaków na minutę z ręcznym zapisem. Ćwiczenia odbywały się w coraz szybszym tempie, aż do 125 znaków na minutę, to jednak było już bardzo trudne do odbioru i zapisania, ale 100 znaków chyba zaliczyliśmy na egzaminie końcowym wszyscy.

Oprócz nauki alfabetu Morse`a, drugim ważnym przedmiotem było poznawanie sprzętu łączności. Mieliśmy do poznanie kilkanaście egzemplarzy sprzętu łączności. Trzeba było poznać ich budowę, możliwości taktyczno-techniczne, rozstawianie w terenie, konserwację itp. W czasie pracy na urządzeniach łączności a właściwie w przerwach na odpoczynek, lub dla palących zakurkę, ja jako niepalący włączałem odbiornik na częstotliwości pasm krótkofalowych by ukradkiem trochę posłuchać.

Następne lata, były dla mnie bardziej łaskawe. Z klubu SP4KJB wypożyczyłem odbiornik (a właściwie namiernik) typu R-305 (bardzo podobny do odbiornika R-311), na którym robiłem nasłuchy pod znakiem SP4 6284. Przez czternaście miesięcy bycia nasłuchowcem uzyskałem potwierdzenia kartami QSL z 30 krajami.

Następny etap to było zdanie egzaminu na świadectwo uzdolnienia w dniu 07.11.1971 roku co dawało niejako przepustkę o ubieganie się o zezwolenie operatorskie (licencję).

Dzień 09.06.1972 roku, był dla mnie dniem przełomowym, ponieważ w tym dniu uzyskałem zezwolenie operatorskie i znak SP4FVQ. W dalszym ciągu dysponowałem wypożyczonym z klubu odbiornikiem R-305 i do kompletu zrobiłem sobie prosty nadajnik telegraficzny.

Niesamowitym osiągnięciem było kupno od kolegi krótkofalowca z Zegrza odbiornika wycofanego z wojska typu R-250M. Sam transport był dosyć kłopotliwy, ponieważ odbiornik miał swoją wagę i wymiary. Początkowo odbiornik chciałem przewieść Fiatem 126p, ale nie udało się, musiałem poprosić o pomoc transportową kolegę, który jeździł w stronę Warszawy większym samochodem. Po otrzymaniu tego monstrum, zaczął się etap przywrócenia odbiornika R-250M do pełnej sprawności. Jak wspomniałem, odbiornik był wycofany z wojska, więc jakkolwiek był kompletny to jego stan był bardzo słaby. Oczywiście dało się na nim odbierać, ale głównym mankamentem był problem precyzyjnego dostrojenia się do odbieranej stacji. Przyczyna tkwiła w tym, że na rotorach kondensatorów zmiennych był zastosowany specjalny smar, który po kilkudziesięciu latach użytkowania stwardniał a tym samym nie spełniał swojego zadania. Objawiało się to trzaskami przy przestrajaniu a nawet zaniku słuchanej stacji. W tej sytuacji zbudowałem specjalny wysięgnik, którym przy pomocy waty i nafty wymywałem wspomniany smar. Praca była niezwykle czasochłonna, ponieważ najpierw trzeba było wymontować kondensatory z bloku w.cz. odbiornika a następnie na aż ośmiu rotorach delikatnie usunąć smar. Zrobiłem to ale prace trwały z przerwami chyba z miesiąc. Następnym etapem było pozyskanie odpowiedniego smaru i nałożenie go na rotory kondensatorów zmiennych. Udało się zdobyć odpowiedni smar i zastosować go. Następnie dobór i wymiana lamp inne zabiegi kosmetyczne i odbiornik działał jak nowy. Dorobiłem też specjalne moduły do możliwości pracy w paśmie 10m, w oryginale odbiornik nie posiadał tego pasma, ponieważ pracował tylko w zakresie od 1,5-25,5MHz. Czy było warto włożyć tyle ciężkiej pracy, sam zadaje sobie to pytanie. Chyba tak ale ktoś kto zna ten odbiornik albo przynajmniej go widział, pomyśli sobie że trzeba być szaleńcem żeby porwać się w warunkach domowych remontu takiego odbiornika.

Nadajnik kupiłem od śp. Andrzeja SP2FXI, był to nadajnik homodynowy firmy Halikrafters typu HT-44. Wyżej wymieniowy zestaw w połączeniu z antenami dipolowymi dawał mi niezłe możliwości pracy na pasmach.

Największa moja aktywność przypada na przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy to dysponowałem już lepszymi urządzeniami i antenami. Z dniem 04.06.1992 z numerem 505/R zostałem kandydatem do SP DX klubu, a z dniem 22.03.1993 roku zostałem przyjęty na członka SPDX klubu z ówczesnym stanem 130 krajów.

Druga połowa lat dziewięćdziesiątych i lata następne, trochę zmniejszyły moją aktywność krótkofalarską z różnych przyczyn, głównie problem z montażem anten na bloku.

Od dniu 11.07.2001 roku pracuję pod znakiem SP8FO.

Dużo satysfakcji zawsze dawało mi konstruowanie różnych urządzeń krótkofalarskich, zacząłem do wykonania konwertera do odbiornika, nadajnika telegraficznego, później był TRX według SP5WW, kilka wcieleń Bartka, wzmacniacz mocy na lampach GU-50, trochę anten itp.

Ogólnie muszę stwierdzić, że moja aktywność krótkofalarska przez już prawie 47 lat pracy na pasmach, jakkolwiek niezbyt duża, dawała mi bardzo dużo satysfakcji. Starałem się zawsze umiejętnie pogodzić obowiązki zawodowe, rodzinne itp. ważąc starannie priorytety życiowe. Codziennie jednak, choć na chwilę włączam radiostację by przynajmniej posłuchać co dzieje się na pasmach. W każdym miesiącu biorę udział w kilku zawodach.

Od 1978 roku z niewielkimi przerwami, jestem członkiem Polskiego Związku Krótkofalowców.

Wielkim zaszczytem i przyjemnością, było przyjęcie mnie do grona Członków SP OTC z numerem 382, dnia 24.04.2019 roku. Tym bardziej było to miłe, że o powyższym poinformował mnie telefonicznie Prezes Zarządu SP OTC Grzegorz SP3CSD.

 

Franciszek Onyszko SP8FO

Radio - pasja która trwa do dziś

Radio - pasja która trwa do dziś.

Z radiem zetknąłem się po raz pierwszy jako czteroletni chłopczyk w roku 1964 lub 1965. Ojciec mój był leśniczym w Bieszczadach i wspólnie naprawialiśmy naszego lampowego Pioniera. Odbywało się to tak ze wkładaliśmy lutownice do pieca i kiedy się nagrzała ojciec dokonywał naprawy. Urzekły mnie kolorowe oporniki i kondensatory. A najbardziej to ze po przekręceniu gałki było słychać muzykę i innych ludzi. Pamiętam wstawki muzyczne Feliksa Dzierżanowskiego i inne zespoły ludowe a z puszczanych melodii POP Szczepanika „Nie patrz na mnie” i „kochać”. Były to szlagiery śpiewane nie tylko przez wszystkich pracowników Nadleśnictwa Dwernik. Dodatkiem do radia Pionier był sześćdziesięciowatowy radiotelefon FM 325. Służył do podawania meldunków o stanie pogody z prowadzonego przez ojca posterunku meteorologicznego do bazy w Rzeszowie. Radiotelefon ten pomagał nie tylko w sprawach pogodowych. Nie raz w czasie ciężkich zim umożliwiał wezwanie jakiejkolwiek pomocy. Kiedy śniegu dosypało ponad normę ( prawie zawsze ponad 70 cm) zaspy kładły na łopatki cały transport, oprócz koni i sanek. Prąd elektryczny był wytwarzany z zamontowanego w nadleśnictwie agregatu. Następnie po linii napowietrznej prowadzony był do wszystkich chałup. Agregat pracował rano od godziny 6/00 do 10 /00 i wieczorem od 18/00 do 23/00 z powodu oszczędności paliwa. Wraz z urządzeniami elektrycznymi na porządku dziennym były także lampa naftowa i świeczka. Około roku 1968 po przeprowadzce do województwa lubuskiego radio zostało zamienione na sieciowego Czardasza i „śrutowało” cały dzień. Czasami zmienialiśmy tylko program. Pamiętam kiedy wieczorami ojciec przełączał zakresy na fale krótkie aby posłuchać Wolnej Europy oraz  „nocne Polaków rozmowy” kiedy nie wiedziałem jeszcze o co chodzi a strach obleciał wszystkich dookoła. Były dwa takie momenty , jeden w 1968 a drugi w 1970 roku. Odbiły się echem po całej okolicy. Kiedy w nocy wyjrzałem przez okno widać było niekończące się kolumny wojska jadące po pobliskiej szosie. Na szczęście te sprawy były daleko ode mnie i mojej rodziny. Ucząc się w szkole podstawowej również miałem do czynienia z radiem bo na szkolnym oknie stała Stolica bez tylnej ścianki a ja jako jedyny potrafiłem pokazać kolegom przez szybę w oknie co do czego służy i która lampa jest prostownicza a która głośnikowa. W końcu w Bieszczadach przeszedłem niezły kurs! Moja rodzina spoglądała na to przez palce z pobłażliwą życzliwością. A niech tam się tym bawi – mówiono. A wujek jeden czy drugi podrzucali mi kilka Radioamatorów, książek i innych w których się zaczytywałem. A miałem już swoje radio ATUT 2 na biurku przy którym się uczyłem. Pewnego dnia przyszedł mi do głowy pomysł pokręcenia tym i owym. Przez przypadek pokręciłem rdzeniem i zaczęło głośniej grać! Potem pokręciłem w drugiej cewce – znowu poprawa! Potem znowu aż „otworzyłem radio na filtrach” do oporu. Wiadomo że w zakładach radiowych każdy stroiciel tak ustawia „kubki” aby nie przenosiło za szeroko. Kiedy otworzyłem te filtry świat stanął otworem. Pojawiło się masę stacji z całego globu mówiącymi wszystkimi językami. Aaaaaale – pomiędzy potężnymi mastodontami usłyszałem kilka osób rozmawiających po polsku! I to nie było nic zakazanego! Dotąd wszystko co dotyczyło radiokomunikacji było albo szyfrowane albo „leciało grafią”. A tu ktoś sobie rozmawia jakby nigdy nic i jeszcze nadaje kawałki muzyki! Pomyślałem sobie – „to ja tez tak chcę” i pokazałem te rozmowy mojemu ojcu. Najpierw dostałem solidny ochrzan za kręcenie w radiu bez pozwolenia a potem się dowiedziałem ze to hobbyści radioamatorzy i ze każdy może takie radio mieć. No i od tamtej pory byłem „kupiony”. Nie liczyło się nic tylko możliwości żeby mieć własna radiostację. Oczywiście liczyła się wiedza techniczna. Czytając stare numery Radioamatora zapragnąłem mieć replikę lampowego SP5WW. Wspaniały transceiver był przedmiotem moich marzeń jeszcze bardzo długo. Około roku 1973 w Ekranie z Bratkiem wystąpił krótkofalowiec który opowiadał o swoim hobby. Ten gość ( jak się później dowiedziałem SP5CKM obecnie silent key) zaraził mnie tym hobby na dobre i w roku 1977 postanowiłem „załapać się” na kurs krótkofalowców organizowany przez LOK w Gorzowie. Poznałem tam wspaniałych ludzi którym przewodził dusza towarzystwa Tadeusz Kukuła SP3HRQ. Wspaniały ten człowiek miał do nas, garstki młodych zapaleńców iście ojcowskie podejście.  Nie krzyczał , nie „smrodził dydaktycznie” jak inni instruktorzy tylko tłumaczył, tłumaczył , tłumaczył… aż dotarło. Drugim wspaniałym człowiekiem był Władek Jermakowski  SP3ABY (sk) wspaniały konstruktor sprzętu z którym przegadaliśmy nie jedna godzinę zajęć. Gość ten znał na wylot chyba wszystkie typy radiostacji używane w Polsce zarówno wojskowe, lotnicze jaki morskie. Nauczył nas wielu praktycznych rzeczy jak np. kolory oporników i jak je czytać. Także następną konstrukcje montowałem już na opornikach oznaczonych paskami. Oprócz konstrukcji radiowych robiłem także różne doświadczenia. Niektóre kiedy spojrzę wstecz z dystansu omal nie skończyły się groźnie. Razu pewnego – na wakacjach u ciotki postanowiliśmy z kumplem zbudować generator magnetostrykcyjny (rodzaj generatora ultradźwiękowego) zamiast rdzenia ze specjalnej stali nawinęliśmy uzwojenia na grubym gwoździu chyba do budowy mostów. Na początku generator nie startował, potem wibrował bardzo nisko, następnie zwiększył amplitudę drgań przy okazji moc tak wzrosła ze zaczęła nam zatykać uszy. Potem zauważyłem jak pies leżący pod stołem na którym pracował generator zwiewa na podwórko aż się kurzy. Po chwili przepaliła się z trzaskiem jedna z cewek i generator zamilkł. Po odłączeniu napięcia wyszliśmy na podwórko aby oszołomieni sukcesem pozwolić uszom odetchnąć. Zaraz po minięciu drzwi usłyszeliśmy głośny trzask. Kiedy wróciliśmy do owej kuchni zobaczyliśmy tumany kurzu a nad miejscem gdzie stał generator zleciał z sufitu cały tynk! Przez grzeczność nie wspomnę że zebrało nam się od wujostwa całkiem sporo. W końcu omal nie doprowadziliśmy do katastrofy budowlanej !!! Nie był to jedyny świetny kawał jaki udało mi się zrobić. Kiedy popełniłem kolejny dowcip nie zdawałem sobie sprawy jak on zaważy na kolejach mojego losu.  

Pewnego razu podczas trwania kursu krótkofalowców siedziałem sobie w domu i słuchałem radia na KF. Był to przerobiony odbiornik radiofoniczny z rozciągniętym zakresem 3,5 i 7 MHz. Dodatkowo do radia był dołączony na wspólny wzmacniacz m.cz. klucz i generator Morse’a do nauki nadawania.  Przyszedł kolega o którym wiedziałem że ma brata w tzw. Milicji a jak się później okazało w SB i zdziwiony zapytał co ja takiego robię. Ja na to ze rozmawiam sobie przez radio alfabetem Morse’a z kolegami po czym kiedy jeden ze słuchanych przeze mnie telegrafistów skończył nadawać i przekazał klucz drugiemu ja złapałem za klucz i „zapukałem” kilka znaków że niby to ja rozmawiam. Kolega zdziwiony udawał że go to nie wzrusza i jakoś bardzo szybko wyszedł nie chcąc ani kawy ani herbaty za to w mojej szkole zjawiło się kilku smutnych panów wypytując o mnie po cichu. Gdybym wiedział jakie to reperkusje pociągnie za sobą, może bym się zastanowił ale wtedy świetnie się bawiłem. Zanim opowiem co było potem opowiem o pierwszym spotkaniu z falami UKF. W roku bodajże 1972 jedna z mieszkających u nas podczas wakacji koleżanek, miała odbiornik z tymi falami. Kiedy przez przypadek włączyła słyszeliśmy tylko kilka zaszumionych stacji. Po kilku latach w szkole na świetlicy odłączyłem antenę od odbiornika TV , podłączyłem do gniazda UKF odbiornika i przekręciłem gałkę. Zaskoczenie było ogromne. Ta czystość modulacji! Ta wierność odtwarzania znana do tej pory tylko z płyt! To było TO! I ten Program Trzeci Polskiego Radia! Posłuchałem muzyki i byłem po uszy zakochany w UKF-ie. Po jakimś czasie miałem już swoje radio z UKFem. Mogłem słuchać takich audycji jak „ sześćdziesiąt minut na godzinę „ czy „muzyczna poczta UKF”. Wspaniałe to były pozycje! Wracając do fal krótkich, problemem było dla mnie zdanie egzaminu. Zawsze problemem była telegrafia i zawsze oblałem sromotnie. Owszem zdałem na dwójkę i mogłem teoretycznie otrzymać licencję ale zapomniałem że kiedyś zrobiłem komuś kawał, a nie domyśliłem się że ten idiota „zameldował gdzie było trzeba” !!!  No i gdzieś w połowie trzeciej klasy szkoły średniej (po dwóch latach od tego kawału) smutni panowie poprosili mnie na komendę a sami pojechali robić w domu rewizję! Wiadomo ze niczego nie znaleźli ale jasno zostało określone po której stronie barykady zostałem zaszufladkowany. Z resztą sam sobie chyba byłem winien bo kilku osobom poprzystrajałem fale na pasmo 13 metrów gdzie Wolna Europa nie była zagłuszana. A byłem święcie przekonany że któryś się pochwalił nie temu co trzeba. Ale niech tam… o skończeniu tej szkoły mogłem pomarzyć jak i o licencji nadawczej i o studiach elektronicznych na które przygotowywałem się od początku średniej szkoły. Atmosfera wokół mnie wytworzyła się nie do zniesienia, musiałem opuścić szkołę i pójść do innej. Pomimo to złe odium ciągnęło się za mną jak czad z zepsutego piecyka. Do nowej szkoły nie pasowałem i tylko atmosfera firmy gdzie miałem praktykę i ludzie tam poznani myślący podobnie jak ja pomogli mi to przetrwać. Poza tym poznałem tam regionalnych twórców związku Solidarność 80. Było tak jeszcze długo, odsłużyłem wojsko, zdobyłem dobrą pracę, ożeniłem się, wyremontowaliśmy nasze poddasze zaadoptowane na mieszkanie. Pewnego dnia słyszę że Lech Wałęsa zlikwidował Służbę Bezpieczeństwa. Tydzień później zaglądam do skrytki pocztowej… Niemożliwe! Jest licencja! Nie wierzę… ! Po piętnastu latach czekania wreszcie jest upragniona dwójka. Oszołomiony sukcesem byłem skłonny wybaczyć wszystko i wszystkim, nie dociekałem czemu dane mi było tak długo czekać. Po drodze zrobiłem papiery mistrzowskie z uprawianego zawodu i zająłem się adaptacja Radmora na pasma amatorskie. Dzięki pomocy serdecznego przyjaciela SP3CUT udało mi się to osiągnąć. Jeszcze wcześniej zetknąłem się z Kolegami z klubu SP3KRF ( obecnie SP1KRF) i wspaniałym liderem tego klubu Stanisławem SP1IVL. Od kolegów z tego klubu udało mi się zdobyć mój pierwszy odbiornik USP. Poprzedni USP nie był mój tylko klubowy. Miałem wtedy antenę zrobioną z dwójki telefonicznej długości 160 metrów. Wspaniale się tego słuchało. Radio pracowało tak czysto że potem żaden odbiornik nie „pasował” do mojego ucha, dopiero po latach wspaniały odbiornik OMNK 112A pracował tak dobrze i czysto jak mój USP. Na pasmo 145 MHz wraz z Andrzejem SP3CUT wykonaliśmy po syntezie wg SP5DDF. Wspaniała konstrukcja pracuje do dzisiaj pomimo że była wykonana w 1991 roku. Dobry sprawdzony układ. Ja wykonałem trzy takie konstrukcje. Jeden kompletny radiotelefon, jeden odbiornik i jeden syntezer bez radia , który koledzy zamontowali jednemu z amatorów. Później od krótkofalowców z wojsk ONZ kupiłem po cenie złomu transciver firmy Drake TR4CW na którym pracuję do dzisiaj. Remontowałem go pół roku ale warto było! Podobnie remontowałem OMNK112A , super radio! Z kolekcji sprzętu mam jeszcze FTDX 500, i EKD 300 ( maszynka do słuchania DXów). Pomimo upływu lat w krótkofalarstwie można zauważyć jedna fantastyczną rzecz. Są dwa kierunki zasadnicze uprawiania i studiowania tego hobby. Wydział operatorski, gdzie kupuje się radio za kupę szmalu i pracuje robiąc DX-y lub uprawiając lokalne pogaduchy. A drugi to wydział konstrukcyjny gdzie ludzie kupują  worek elementów, siadają , budują radio i dopiero wtedy pracują w eterze. A wspólnym mianownikiem tego wszystkiego jest to, że kupując starego klamota , remontując go i doprowadzając „do kultury” na tym starym gracie słychać tak samo dobrze ( jeśli nie lepiej) jak na tych nowych stacjach za kupę tysięcy!!! To jest największy fenomen tego hobby, - równe szanse sprzętowe. Wiadomo że położenie stacji wieś czy miasto ma znaczenie. Ale sprzętowo … Są dwie drogi albo zbudujesz jak masz mniej pieniędzy albo kupisz jak masz więcej. Za to szanse są równe po prostu albo … albo… Kiedyś nie było części i ludzie dawali radę, dzisiaj są części i można budować takie perełki jak np. Antek SP5AHT. Wolna wola. Pomimo ze zbyt wiele nie zbudowałem ,jednak zawsze miałem szacunek do dobrej fachowej książki. Od siedemdziesiątych lat gromadziłem literaturę, podręczniki akademickie i inne periodyki. Obecnie mam ponad sto pozycji fachowych z zakresu radiokomunikacji i telekomunikacji. Kiedyś byłem zwolennikiem zniesienia telegrafii, jednak od kiedy używam tej emisji wiem ze nie miałem racji. Ponad trzydzieści trzy lata przepracowałem w Telekomunikacji jeżdżąc po wioskach i naprawiając telefony. Te lata nauczyły mnie jednego, że nie trzeba wojny aby spowodować klęskę. Wystarczy pół metra śniegu, piętnaście stopni mrozu, i prąd wyłączyć na dwa tygodnie. Przy dwudziestym stopniu zasilania pali się tylko światłość wiekuista i lampy naftowe. A krótkofalowcy pozostaną na urządzeniach QRP i akumulatorach od samochodów, Bizonów lub ciągników…  I wtedy ci którzy znają CW zdadzą ten jedyny prawdziwy egzamin.

                                                                                     Władysław Grabowiecki SP3SUZ

SP7CKG

Czesław Miszczak SP7CKG

Moje zainteresowanie krótkofalarstwem i późniejsze zgłębianie tajników naszego wspaniałego hobby zawdzięczam mojemu przyjacielowi SP5CGL (obecnie VE3CNY), którego poznałem w 1965 roku na obozie wędrownym po Ziemi Lubuskiej. Zobaczyłem wówczas wykonany przez niego odbiornik tranzystorowy „Ryś”, którego notabene ja również składałem na podstawie broszury zakupionej w „Składnicy Harcerskiej” z serii „Zrób to sam” i nie mogłem wtedy go uruchomić. Tak zawiązała się między nami przyjaźń, która przetrwała do dzisiaj. Jak się później okazało jego pasją było również krótkofalarstwo. Odwiedziłem go w Milanówku gdzie mieszkał, wówczas przekazał mi materiały do nauki telegrafii, również wskazówki jak wykonać własnoręcznie telegraficzny klucz sztorcowy, którego zobaczyłem u niego po raz pierwszy na własne oczy! Kopalnią wiedzy okazała się również polecana przez niego książka znanego krótkofalowca SP5QQ ”Amatorskie urządzenia krótkofalowe i ich obsługa”. Moim pierwszym klubem, z którym się związałem był SP7KAN, gdzie zdobywałem dalszą wiedzę krótkofalarską. Tam poznałem świetnego telegrafistę Romana SP7CNP (obecnie SP1S), za jego namową rozpocząłem kurs telegrafii (który między innymi on właśnie prowadził), czego efektem było otrzymanie licencji w 1967 roku. Również pod nadzorem Romana wykonałem swój pierwszy nadajnik (w PA była lampa najpierw 6L6, następnie G-807 i na końcu GU-50) za co jestem mu bardzo wdzięczny. Odbiornik US P (plus konwerter na 14,21,28 MHz produkcji SP7LA), miałem wypożyczony z klubu. Tak oto, zaraz po otrzymaniu licencji przeprowadzałem moje pierwsze tak bardzo wymarzone łączności.


Pamiętam jak by to było wczoraj. Pierwsza moja łączność przeprowadzona została ze stacją SP5BIL. Otrzymaną kartę QSL darzę wielką sympatią. Po latach klub SP7KAN został zmieniony na SP7KQL ,gdzie byłem głównym operatorem i bardzo aktywnie pracowałem w zawodach SP-K zajmując czołowe miejsca. Prowadziłem w klubie i nie tylko, wiele kursów nauki telegrafii. Między innymi jednym z ich uczestników znany dzisiaj w SP i na całym świecie Przemek SP7VC (ex SP7VCK). Pracowałem również jako operator pod znakiem SP0PWA/mm w roku 1969. Była to stacja zainstalowana na tratwie-katamaranie, która płynęła Wisłą z Oświęcimia do Gdańska jako zwiad dziennikarski z okazji 25-lecia PRL. Ja płynąłem w pierwszej części rejsu, to znaczy z Oświęcimia do Dęblina. W drugiej fazie „rejsu” zastąpił mnie Jurek SP5CJU(obecnie VE7CFA) który dalej kontynuował rejs.
 
Więcej informacji z tego rejsu opisał Jurek w książce kolegi Ryszarda SP4BBU „Wywołanie ogólne” W tym czasie również pracowałem pod znakiem okolicznościowym 3Z7CKG, wydanego z okazji 25 PRL! Wielu kolegów z SP pracowało pod 3Z. Na owe czasy był to ewenement, w tych czasach znaki okolicznościowe w SP były rzadkością, w przeciwieństwie do czasów obecnych. Pamiętam, jak po raz pierwszy poczułem się jak prawdziwy DX! Łączności odbywały się błyskawicznie (oczywiście na telegrafii), pile-ap był ogromny. Co prawda taka sytuacja nie trwała długo, bo aż do momentu gdy stacje zorientowały, że to stacje z SP! To były wspaniałe czasy, które wspominam z wielkim sentymentem. Wiele satysfakcji przyniosła mi praca w Zawodach Terenowych Radiostacji Klubowych (SP7KQL/7) na RBM-1, w których również zajmowałem czołowe miejsca, czego dowodem są pozostałe mi tylko cztery puchary z lat 1979,1981,1984 i 1985 - uratowane „od zapomnienia” po likwidacji klubu. W następnych latach, razem z kolegą Andrzejem SP7CSA budowaliśmy swoje pierwsze transceivery lampowe, do których między innymi filtry kwarcowe w układzie Mc Coy’a wykonywaliśmy samodzielnie z kwarców od radiostacji „10 RT” z czasów II wojny światowej, była to radiostacja z czołgów T-34 np. jak w filmie „ Czterej Pancerni i pies” - przestrajając je za pomocą oparów jodu lub pocierając ścianki kwarcu piórkiem z włókna szklanego używanego przez kreślarzy do usuwania tuszu z kalki technicznej. W tamtych czasach, trzeba było sobie radzić na wszystkie możliwe sposoby.
 
Równolegle z moją największą pasją jaką jest krótkofalarstwo, była praca na CB. Nie było to CB jakie jest dzisiaj, to była zupełnie inna ”bajka” W Łodzi pod koniec lat 70-siątych z kolegami pracowaliśmy na radiotelefonach między innymi ECHO, później TUKANY które podłączaliśmy do anteny zewnętrznej. Ponieważ w Łodzi najwięcej kwarców było na 27.070 (10 kanał)i 27.220 (22 kanał, więc dużo rozmawialiśmy właśnie na tych częstotliwościach. Utarło się, że 22 kanał - to był nasz w kanał wywoławczy. Wówczas pasmo CB mieściło się (legalnie) od 26.960 do 27.280 MHz. Jedynymi radiotelefonami, na które ówczesny PIR (dzisiaj UKE) wydawał zezwolenia na stacje tzw. bazowe był „ŻURAW”. Ponieważ udawało nam się taki sprzęt różnymi sposobami zdobywać, to PIR wydawał nam zezwolenia imienne na ten sprzęt. Ponieważ od lat konstruowałem różne urządzenia z racji bycia krótkofalowcem, udało mi się zdobyć dokumentację właśnie od Żurawia i wykonałem kopię płytki drukowanej, którą po uruchomieniu zamontowałem w obudowie metalowej i tak właśnie jako jeden z pierwszych w Łodzi zarejestrowałem ten radiotelefon i otrzymałem znak wywoławczy „Łukasz 34 i 35” o mocy wyjściowej 300 mW. Później w „końcówkę” mocy (hi) wstawialiśmy BSX 59! I moc wzrastała do około 0,5 Wata.!!!. Szlak został przetarty i wielu kolegów mogło legalnie uzyskać zezwolenia na urządzenia własnej roboty. Takiego „Żurawia” 3-kanałowego w wersji samochodowej używałem długi okres czasu wraz z anteną tzw. helikalową wykonaną własnoręcznie ze szczytówki wędki, podpatrzoną u kolegi, który przywiózł ją z Niemiec. Dzięki wiedzy krótkofalarskiej udało mi się ją zestroić za pomocą GDO. Jak i antenę bazową 5/8 „Super 16” (szesnaście przeciwwag o długości 1,2m – chyba stąd nazwa tej anteny) i cewce wydłużającej wykonanej z rurki miedzianej o fi 6 mm. i karkasie fi 100 mm. Na której pracuję do dzisiaj zarówno na CB jak i na pasmach 14,18,21,24 i 28 MHz!!!. jako uzupełnienie anten „drutowych” Z kolei, pod koniec lat 80-tych byłem jednym z założycieli Stowarzyszenia Użytkowników CB Radia w Łodzi, które przekształciło się w PL - CB Radio i objęło już teren całej Polski. Przyznano wówczas częstotliwości dalej - aż do 27.400. Uruchomiono tzw. kanał ratunkowy na kanale „9”,który zanikł po uruchomieniu telefonii komórkowej i funkcjonujący do dzisiaj kanał tzw. drogowy tj. „19”. Natomiast kanał 28 został przyjęty przez PL-CB Radio jako wywoławczy. Tak oto zakończyły się czasy konstrukcji sprzętu hm, ponieważ PL CB Radio sprowadzało sprzęt z zachodu. Pamiętam, jak po raz pierwszy zobaczyliśmy radiotelefon „Prezydent HARY” o mocy 4 W - jaki mały gabarytowo to było miłe doznanie. Następnie zakupiłem „Prezydenta Jacksona” na którym zrobiłem olbrzymią ilość DX potwierdzonych kartami QSL właśnie na CB emisją SSB jak i CW (na cw kanałem wywoławczym jest częstotliwość 27.500) w przedziale częstotliwości 26.065 do 27.995. W 1990 roku zostałem tzw. dyrektorem na centralną Polskę klubu DX ego „E E”. Częstotliwość klubowa 26.425. znana jako kanał polonijny. Mój znak wywoławczy to „161 EE 35”.W tym czasie powstało u nas w kraju bardzo dużo klubów DX owych. Cały czas propagowałem idee krótkofalarstwa. To właśnie z kręgów naszego Łódzkiego CB wielu kolegów uzyskało licencję krótkofalowca, których „zaraziłem” tym wspaniałym hobby. Dla ciekawości nadmienię również, że na CB (chyba jako pierwszy) prowadziłem kurs nauki telegrafii, między innymi owocem tych poczynań jest kolega Darek SQ7QM. Nadal pracuję na pasmach KF i UKF (na pewno nie tak aktywnie jak dawniej) jak i na CB. Uważam, że jest to dobra droga do propagowania krótkofalarstwa w dobrym tego słowa znaczeniu, chociaż jak w każdej dziedzinie są jakieś „ciemne” strony. Należy więc oddzielić kolegów, którzy tą drogą mogą zapoznać się techniką krótkofalową, od tych pracujących na kanale „19”, reprezentujących niski poziom kultury osobistej, co niewątpliwie wpływa na obecną negatywną opinię o tzw. „Sibistach” wśród naszych kolegów krótkofalowców.
Może zbyt wiele miejsca poświęciłem sprawom CB, ale nie wszyscy wiedzą jakie były początki pasma CB w Polce, szczególnie młodsze pokolenie kolegów.
Kończąc, pragnę wyrazić swoje zadowolenie również z faktu dołączenia do grona wspaniałych kolegów nestorów krótkofalarstwa polskiego skupionych w SP OTC ! Mój n r. klubowy to 310
 


      Czesiek SP 7 CKG

 

A oto niektóre moje konstrukcje:

   
Dwa klucze elektronowe powstałe w różnych okresach
 
miernik pojemności od 1pF do 30 mF  woltomierz lampowy h. w 1976r 
   
zasilacz regulowany 0-30V oraz 0-10A z ogranicznikiem prądowym w pełnym zakresie miernik częstotliwości do 30MHz hm w 1990r

Moja droga do krótkofalarstwa

Moja droga do krótkofalarstwa.

 

               Pojawiłem się na  świecie w zimny, styczniowy poranek 1949 roku w maleńkiej wiosce Oderne w Beskidzie Niskim koło Uścia Gorlickiego. Wieś liczyła 30 domów i charakteryzowała się specyficzną, rozrzuconą zabudową, brakiem utwardzonej drogi oraz energii elektrycznej. Ten stan trwał zresztą do późnych lat siedemdziesiątych. Dopiero w epoce Gierka pojawiła się sieć energetyczna a  pod koniec lat dziewięćdziesiątych  utwardzona droga. Oczywiście te dobrodziejstwa mnie już nie dotyczyły.

                Podczas pierwszego etapu edukacji pojawiły się już wyraźnie sprecyzowane zainteresowania. W naszej szkole na oknach rozłożone były różnorakie pomoce dydaktyczne - były tam pudełka z okazami skał, elementy naczyń laboratoryjnych - moją uwagę jednak przykuwała inna pomoc; piękna , szklana żarówka znacznej mocy (sądząc po jej wymiarach), z perspektywy czasu nie jestem w stanie określić czy była ona sprawna czy też przepalona - nie znałem bowiem wówczas ani zasady jej działania, ani też nie widziałem jej w akcji. W rodzinnym domu od początku mojej świadomej bytności do chwili wyprowadzki posługiwaliśmy się lampami naftowymi wynalazku imć pana Ignacego Ł. Paliwo do nich kupowało się w odległym o 3 km Uściu Gorlickim        w jedynym sklepie spożywczo - przemysłowym i w litrowej butelce na sznurku przetkniętym patykiem przynosiło do domu.

               Moja edukacja w opisywanej szkole nie trwała długo -  w miesiącu marcu 1959 roku po naradzie rodzinnej zostałem wyekspediowany do internatu dla dzieci leśników organizowanego właśnie w odległym o 60 km Jaśle. Tutaj już nieco wcześniej zagościł mój brat Kazimierz kończący naukę w tamtejszym Liceum Ogólnokształcącym im. Króla Stanisława Leszczyńskiego. Ja podjąłem naukę w kl.IV Szkoły Podstawowej nr 3 - a jako przybysz z odległego i dość egzotycznego świata spotykałem w pierwszym okresie różne dziwne sytuacje; a to zadzwonił dzwonek na lekcję , przyszedł nauczyciel   i przez całe 45 minut pozostawał w klasie! Coś niesamowitego. A klasa liczyła trzy razy więcej uczniów aniżeli nasza cała szkoła w Odernem.

                        Mimo ogromnego skoku cywilizacyjnego ( o energii elektrycznej, asfaltowych drogach, autobusach i Kinie Syrena nie wspomnę) otrzymałem świadectwo promocyjne do klasy piątej z jedną tylko oceną dobrą ( prace ręczne) i piątkami  z pozostałych przedmiotów. Szczytem szczęścia była nagroda książkowa „Księga puszczy szlakiem czarnego zwierza” z dedykacją Towarzystwa Przyjaciół Dzieci.

                          W klasie następnej byłem już bardzo doświadczonym mieszkańcem internatu (czasem aż za bardzo)  a także z łatwością nawiązywałem kontakty z rówieśnikami. Aby poprawić wyniki z prac ręcznych, za zgodą starszego brata i przy jego wydatnej pomocy zapisałem się do pracowni modelarskiej funkcjonującej w podziemiach budynku LO. Praca ta bardzo mnie pasjonowała - wykonałem trzy modele szybowców, w tym słynną „jaskółkę” lecz na „bociana” brakło mi już czasu. W marcu 1960 r  bowiem zachorowałem i wprost ze szpitala dziecięcego Rodzice zabrali mnie do rodzinnego domu w Odernem. Naukę w klasie V, VI i VII kontynuowałem  w siedmioklasowej szkole w Uściu Gorlickim.

                         Zainteresowanie modelarstwem lotniczym, a dalej lotnictwem spowodowało, iż z grupą kolegów postanowiliśmy zbudować szybowiec, na którym po starcie spod szczytu tzw. Kamiennego Horbku nad Uściem Gorlickim przelecimy nad rzeką Ropą i wylądujemy w okolicach stadionu sportowego. Sporządziłem stosowne plany, wykonałem papierową makietę w naturalnej wielkości i mieliśmy przystąpić do jego budowy. Podzieliliśmy pracę a wówczas starszy brat naszego kolegi Władka dał nam do zrozumienia, iż do tak wielkiego przedsięwzięcia jeszcze nie dorośliśmy. Marzenia o lataniu prysły.

                 W tym czasie mogłem bez większych przeszkód zajmować się interesującymi mnie także zagadnieniami elektryczności. Elektronika w owym czasie reprezentowana była   w domu moich rodziców przez nieśmiertelnego Pioniera B2  a następnie Juhasa  z nowszymi typami lamp. Urządzenia te były jednak dla mnie niedostępne po tym, jak podłączając zasilanie pomyliłem ( a może chciałem przeprowadzić eksperyment - nie pamiętam) ogniwo żarzenia z baterią anodową . Krótki, aczkolwiek wyraźny błysk w tylnej części obudowy stanowił przyczynę bólu pewnej części ciała w późniejszym okresie i zakaz jakichkolwiek operacji przy odbiorniku.

                   W pracach eksperymentalnych wykorzystywałem zakupywane przez rodziców miniaturowe żarówki oraz baterie płaskie. Przeprowadzałem elektrolizę różnych cieczy przewodzących, budowałem mikrofony węglowe a później także proste układy telefoniczne. Ogromną pomocą w tych działaniach było ukazujące się w tym czasie czasopismo „Horyzonty Techniki dla Dzieci”. Muszę dodać, iż pierwszym moim instruktorem i osobą zachęcającą do korzystania z tego czasopisma był mój Nauczyciel fizyki - jednocześnie Kierownik szkoły Pan Feliks Stasiowski, a „Horyzonty Techniki dla Dzieci” prezentowały wówczas niezwykle ciekawie wiedzę techniczną w sposób praktyczny. Rysunki w nich zawarte mobilizowały wprost do wykonywania opisywanych urządzeń z różnych dziedzin. Nie jestem w stanie przecenić roli jaką odegrało to czasopismo w rozwoju mojej świadomości  i umiejętności technicznych.

                         Wiosną roku 1962, za namową rodziców i nauczycieli zdecydowałem się podjąć naukę w Liceum Pedagogicznym w Gorlicach. Znana ta szkoła, kształcąca przez wiele lat wspaniałych pedagogów, przed egzaminem wstępnym przeprowadzała  wcześniej, w miesiącu maju konsultacje  z kandydatami (dzisiaj nazwali byśmy je castingiem) mające na celu wykazanie ich umiejętności muzycznych ( badanie słuchu muzycznego) a także umiejętności manualnych i wiedzy technicznej. Moje zdolności muzyczne, mimo przechodzonej aktualnie mutacji głosu, zostały ocenione pozytywnie     ( podobnie jak wiedza dotycząca wykonania noża introligatorskiego z kosy, chociaż pani egzaminator preferowała jednak brzeszczot piły do metalu)  i po zdaniu egzaminu wstępnego zostałem uczniem LP. Duża odległość szkoły od miejsca zamieszkania ( ok.30 km) i brak dogodnych warunków komunikacyjnych sprawiły, iż zostałem na okres nauki zakwaterowany w internacie męskim przy ul. Jagiełły w Gorlicach gdzie warunki pobytu były bardzo surowe. Spaliśmy na piętrowych łóżkach -  pomieszczenia ogrzewane były piecami kaflowymi a łazienka posiadała wyłącznie zimną wodę. W głównym holu, gdzie odbywały się codzienne apele znajdował się trzon kuchenny, na którym uczniowie dyżurni  grzali wodę do celów higienicznych. Wszelkie prace obsługowe i porządkowe wykonywaliśmy osobiście pod wodzą szefa samorządu internatu zwanego Seniorem. Na lekcje, naukę własną oraz posiłki chodziliśmy zwartą grupą (dwójkami) do budynku liceum mieszczącego się przy  ul. Niepodległości 5. Tam też spędzaliśmy cały dzień: Rano wyjście na śniadanie, lekcje do godz 14:00 lub 15:00, obiad, czas wolny do 16:00 a potem do godz. 20:00 obowiązkowa nauka własna pod okiem nauczyciela dyżurującego z przerwą na kolację. W przypadku choroby delikwent pozostawał w internacie, a dyżurni przynosili mu posiłki w menażkach. W drodze do szkoły  i z powrotem oraz o każdej porze dnia i nocy ucznia obowiązywał określony strój; garnitur granatowy kroju mundurowego z czerwonymi lampasami spodni oraz przy mankietach marynarki, a także „studencka” czapka z twardym daszkiem stanowiąca powód do dumy w wiejskim środowisku podczas niedzielnych pobytów w domu (tzw. wyjazdówek). Do rękawa marynarki w sposób trwały mocowana była tarcza szkolna z emblematem LP. Trwałość owego połączenia sprawdzała codziennie w czasie porannych apeli Pani Kierownik internatu - tarcza musiała być dokładnie po obwodzie obszyta szwem ciągłym - szpilka, agrafka lub punktowe mocowanie na rogach nie było uwzględniane. Posiadacz tak umocowanej tarczy musiał w trybie pilnym je poprawiać.

         W planie nauczania 5-letniego liceum pedagogicznego uwzględniono wszelką wiedzę i umiejętności niezbędne nie tylko do efektywnego prowadzenia lekcji z dowolnego przedmiotu nauczania szkoły podstawowej, ale także do działalności pozalekcyjnej i pozaszkolnej szczególnie w środowisku wiejskim. Oprócz typowych przedmiotów ogólnokształcących występowały przedmioty zawodowe ( pedagogika, psychologia, historia wychowania oraz metodyki nauczania wszystkich przedmiotów łącznie ze śpiewem oraz wychowaniem fizycznym) ale także gra na instrumencie, chór, zajęcia praktyczne z gospodarstwa domowego oraz obowiązkowy, wakacyjny obóz metodyczny wychowania fizycznego. Ponadto uczniowie zapoznawani byli  z zasadami prowadzenia spółdzielczości uczniowskiej (kurs księgowości). Szczególną zaletą programu kształcenia przyszłych nauczycieli była duża liczba godzin ćwiczeń praktycznych początkowo w swojej klasie, następnie w szkole ćwiczeń , na koloniach i obozach ( w czasie wakacji po trzecim roku nauki) i na końcu samodzielne, miesięczne praktyki w szkołach różnych typów. Absolwenci Liceum Pedagogicznego, mimo młodego wieku, byli więc doskonale przygotowani do zawodu. Podejmowali pracę w różnych szkołach podstawowych, niejednokrotnie ucząc wszystkich przedmiotów występujących w programach nauczania tych szkół z dużym sukcesem. Byli poszukiwanymi kandydatami do pracy szczególnie w małych szkołach, gdzie absolwenci WSP czy SN  z wąskimi specjalnościami nie sprawdzali się.

           W okresie mojej nauki w Liceum Pedagogicznym (lata 1962 - 68) rodzice zamieszkiwali w leśniczówce malowniczo położonej pomiędzy miejscowościami Jasionka i Czarne w Beskidzie Niskim (leśnictwo Nieznajowa). O ile Jasionka była jeszcze znaczącą miejscowością z prężnie działającym PGR-em oraz filią stadniny koni z Siar, o tyle Czarne pozostawało już tylko wioską z nazwy. Po roku 1947 pozostały w niej bodajże trzy rodziny i ruiny starych cerkiewek. Leśniczówka położona była obok drogi wiodącej do Czarnej i Radocyny, w lesie - nie posiadała co prawda elektryczności , lecz już szczytem techniki był telefon „na korbę” dzięki któremu w godzinach służbowych (między  8oo a 15oo) przy odrobinie szczęścia można było uzyskać połączenie nawet z Gorlicami.  Dlaczego z takim przekąsem określiłem sprawność komunikacyjną tego urządzenia - otóż w lipcu 1966 roku byłem świadkiem próby nawiązania łączności z drugim krańcem Polski; Tato umówił się z naczelnikiem poczty w Gładyszowie, że on wieczorem umożliwi mu „zamówienie rozmowy” do Górowa Iławeckiego gdzie pracował mój brat Kazimierz aby przekazać synkowi dwie bardzo ważne wiadomości; dobrą i złą - urodziła się wnuczka Krysia i niestety zmarł w Odernem Dziadek Wincenty. Po długim oczekiwaniu połączenie zostało zrealizowane, niestety tylko połowicznie. Sygnał akustyczny docierał bowiem do Górowa na pocztę, nijak jednak nie było go już słychać u abonenta. Rozmowa realizowana była więc za pośrednictwem Pań z międzymiastowej. Sądzę, że w taki sposób zainicjowana została powszechna wśród krótkofalowców idea łączności przemiennikowych.

                      A cóż w szkole?  W okresie pobytu w internacie i pobierania nauki w  LP miałem możliwość rozwijania swoich zainteresowań  technicznych. Uczestniczyłem w pracy koła fotograficznego, prowadziłem koło techniczne, którego głównym zajęciem było naprawianie głośników radiowęzłowych, w tym mozolne przewijanie transformatorów najczęściej ulegających uszkodzeniom. Na zajęciach w Domu Harcerza wykonywaliśmy tradycyjnie oświetlenia choinkowe i inne prace elektrotechniczne. „Opatentowałem” przedwzmacniacz gitarowy wykonywany na dwóch tranzystorach germanowych w pudełku po akronie (ówczesny lek na ból gardła) – cieszył się on wzięciem wśród amatorów gitar elektrycznych, których w owym okresie nie brakowało. Gitary wykonywano zwykle własnoręcznie lub stosowano też amatorskie przystawki do gitar akustycznych, używano także zamiast specjalnych wzmacniaczy zwykłe odbiorniki radiowe, z którymi mój przedwzmacniacz wspaniale współpracował. Szczególnym wzięciem cieszył się odbiornik „Stolica” lub „Aga” zwłaszcza ta o zwiększonej mocy wyjściowej. Sam zresztą grałem w zespole z kolegami ale miałem fabryczną gitarę basową „lotos”. Z innych konstrukcji wymienię trójtranzystorowy odbiornik przenośny tzw. „składak” rozpowszechniany przez nasz ówczesny handel elektroniką w postaci chyba pierwszego „kitu”. Niestety mimo wykonania egzemplarza zgodnie z moją najlepszą wiedzą – nie udało mi się odebrać na nim żadnych polskich stacji. Kolejne konstrukcje wykonywane na podstawie opisów prezentowanych w książce „Nowoczesne zabawki” J. Wojciechowskiego także nie były zbyt udane – jednym słowem poniosłem dość dotkliwą klęskę. Złą passę przełamałem dopiero ładnie odbierającym I program Polskiego Radia tzw. „radiem – uchem”  wykonanym w mydelniczce (stanowiła ona wówczas drugą po akronie, a przede wszystkim większą, popularną obudowę konstrukcji amatorskich). Radio to przetrwało w pamięci moich koleżanek i kolegów i stało się nawet przedmiotem wspomnień na zjeździe  z okazji 40-lecia egzaminu maturalnego.  Niestety krótkofalarstwo, które potem zdominowało moje zainteresowania, docierało dopiero do mnie w mglistych zarysach - nie znałem krótkofalowców, w Gorlicach nie istniał wówczas żaden klub. Dotarła jednak do mnie drogą radiowęzłową informacja o organizowanym przez PZK korespondencyjnym kursie przygotowującym do egzaminu na świadectwo uzdolnienia. Było to około 1965 roku. Zbagatelizowałem radiowe informacje i dopiero w wakacje, w rodzinnej wiosce spotkałem koleżankę, która właśnie zapisała się na ów kurs. Waćka, bo tak miała na imię, zmobilizowała mnie do zgłoszenia się na kurs mimo spóźnionego terminu. Wysłałem więc zgłoszenie, na które otrzymałem niezwłocznie odpowiedź pozytywną i informację o konieczności dokonania stosownych wpłat na kurs i literaturę. Pieniądze te wysłałem bez porozumienia z rodzicami ( po prostu nie opłaciłem w terminie internatu, co między innymi skutkowało później moim rocznym pobytem na stancji). Niestety kolejnej korespondencji już nie było - nie otrzymałem odpowiedzi na pisma, w końcu wysłałem na adres organizatora odcinek potwierdzający wpłatę - bez skutku i tak to skończyła się moja pierwsza przygoda z krótkofalarstwem. Przegrałem 0:1. Brak doświadczenia życiowego przegrał  z nieuczciwością . Miałem wtedy 16 lat.

      Rozpoczynając naukę w szkole średniej po raz pierwszy zetknąłem się z telewizją. W jednej z klas  stała duża, drewniana skrzynia na wysokich nóżkach, zamknięta na klucz, wewnątrz której stał odbiornik telewizyjny „Orion”. Fascynowała mnie w nim duża ilość różnorakich pokręteł, które służyły między innymi do opanowania przewracającego się na boki lub jadącego w górę i dół obrazu. Muszę się pochwalić, że po kilku miesiącach opanowałem bezbłędnie ową sztukę co pozwalało mi na pełnienie funkcji „operatora” i niejednokrotnie ratowało przed ewentualnymi konsekwencjami braku przygotowania do lekcji. W późniejszym okresie w zakres moich prac „operatorskich” weszły naprawy uszkodzeń instalacji elektrycznej, obsługi projektora filmowego oraz, co było szczególnie ważne napraw maszyny do mielenia mięsa zwanej „wilkiem” w szkolnej stołówce.  Ta ostatnia funkcja nie tylko dawała możliwość nieobecności usprawiedliwionej na niektórych „nudnych” zajęciach ale procentowała ponadnormatywnymi kotletami nie tylko w czasie podawania obiadu.

               Po maturze, we wrześniu 1968 r rozpocząłem pracę jako nauczyciel ośmioklasowej szkoły podstawowej o czterech nauczycielach (z klasami łączonymi) w miejscowości Świątkowa Wielka na południu powiatu jasielskiego. Malownicza miejscowość, wspaniali mieszkańcy – górale z okolic Nowego Targu, którzy przybyli po akcji „Wisła” i nieliczni autochtoni. Republika niezależna, jak zwykł mawiać kierownik szkoły  i miał w tym dużo racji. Od września do kwietnia wody wijącej się Wisłoki uniemożliwiały bowiem przejazd jakimkolwiek cywilizowanym środkiem transportu. Brak dwóch mostów powodował, iż dystans 8 km jaki dzielił nas od Krempnej (wsi gromadzkiej z Ośrodkiem Zdrowia, Pocztą i przystankiem autobusowym) można było pokonać wyłącznie pieszo, ewentualnie przy niskim stanie wód ciągnikiem rolniczym lub furmanką.

            Cenną zdobyczą cywilizacji był jednak prąd elektryczny – zdziwił mnie więc (już w tym okresie) brak anten TV na dachach domów. Telewizora nie było także w szkole – podobno przedstawiciele Wydziału Oświaty w Jaśle  przywieźli nawet odbiornik dla szkoły, ale ze wyglądu na  brak warunków odbioru zabrali go do innej. Najbliższy nadajnik pierwszego (i jedynego wówczas) programu TV znajdował się w nieodległym Krośnie – warunki terenowe jednak powodowały niezliczoną liczbę odbić, którymi można by obdzielić powiatowe miasto. Dla mnie jednak, ambitnego amatora radia, powyższe tłumaczenie nie wystarczyło. Lektura książek dot. odbioru TV zrodziła we mnie przekonanie, iż uzyskanie poprawnego obrazu jest tylko kwestią odpowiedniej, kierunkowej anteny. Miejscowa straż ogniowa przychyliła się do mojego toku rozumowania i poparła dążenia do uruchomienia pierwszego we wsi odbiornika telewizyjnego deklarując nawet jego zakup. Z kolegami z wioski zajęliśmy się więc przygotowaniem anteny yaga, która w naszym odczuciu miała z licznych odbić wyselekcjonować jeden, poprawny obraz. Z chłodnicy niesprawnego, stojącego w obejściu gospodarskim gąsienicowego „mazura”  wymontowaliśmy chłodnicę i z, oczyszczonych z elementów powiększających emisję ciepła, rurek wykonaliśmy 12 - elementową Yagę. W międzyczasie Straż Pożarna wywiązała się z własnej deklaracji i zakupiła telewizor - 23 calowy OPAL. Aby podkreślić rangę wydarzenia w taksówce wiozącej ów telewizor z Jasła znalazły się spore ilości trunków służących do wznoszenia toastów  za pomyślność operacji.  Miłe szybko mija – pozostała sprawa uaktywnienia instalacji antenowej. Przez kolejne dwa dni próbowaliśmy uzyskać poprawny obraz w miejscowej remizie – strażacy, kolejno, wędrowali wokół niej z umieszczoną na długiej tyce olbrzymią anteną i… nic.  Spieszę dodać, iż zwielokrotnione obrazy na ekranie TV (kanał 12) nie były już efektem wcześniejszych toastów – to była niestety smutna rzeczywistość. Zrezygnowani przenieśliśmy telewizor do szkoły, umieściliśmy w pokoiku, który zajmowałem wespół z kolegą Józiem (także nauczycielem szkoły) i zastanawialiśmy się, jak wybrnąć z zaistniałej sytuacji.  Telewizor był (brawo dla straży!) – odbioru niestety nie (minusy dla mnie).  Dwumetrowa ( w sensie wymiarów) yaga spoczywała na żelaznym łóżku a ja zrezygnowany mimowolnie przekręcałem przełącznik kanałów… i nagle na ekranie pojawił się jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej czysty, wyraźny obraz. Pełne zaskoczenie – okazało się, że na  3 kanale odbiornik odbiera silny sygnał telewizyjny ze Świętego Krzyża w Górach Świętokrzyskich, odległego o ponad 200 km pozwalający na dobry odbiór nawet na antenie pokojowej – radość nie miała granic, a już wieczorem   w naszym pokoiku gościł tłum mieszkańców wioski chcących na własne oczy  zobaczyć program TV.

               Zaczynało się - o godzinie 14:15. Kiedy wracałem do mieszkania po 7 lekcji przed drzwiami czekała już grupka ”młodzieży ” nie podlegająca jeszcze obowiązkowi szkolnemu ,  która nie mogła się doczekać możliwości oglądania programu (a były to     w tym czasie wykłady telewizyjnej politechniki).  Z zadartymi noskami i otwartymi buziami, bez słowa chłonęły profesorski przekaz. I tak do dobranocki, po której następowała zmiana widowni – przychodziła autentyczna młodzież i dorośli, którzy opuszczali nasz pokoik dopiero gdy na ekranie pojawiał się obraz kontrolny. Niektórzy (może niektóre) pozostawali nieco dłużej.  Po zakończeniu  emisji programu i opuszczeniu pokoju przez niejednokrotnie kilkadziesiąt osób pozostawały tylko ciemne od wilgoci (zaparowane) ściany.

          Sytuacja ta najpierw nas bawiła, kierownik szkoły na zajęciach praktycznych wykonał nawet kilka ławek dla widzów, ale po tygodniu mieliśmy tego serdecznie dość. Niewyspani, zmęczeni a także niestety nieprzygotowani do zajęć powiedzieliśmy z kolegą Józiem stop. Telewizor przeniesiony został do klasy szkolnej, a my zaczęliśmy normalnie egzystować.

           Zdarzenie to jednak spowodowało, iż mieszkańcy wioski zaczęli kupować telewizory, na dachach domów jawiły się trzyelementowe yagi w poziomej polaryzacji na 3 kanał, a ja miałem dodatkowe zajęcie przy instalowaniu sprzętu i anten. Zajęcie to było bardzo sympatyczne – wpływało na pozytywną integrację ze środowiskiem, co w moim fachu nie było bez znaczenia. W czasie takich zajęć miałem okazję także naprawiać odbiorniki radiowe, poznać nowinki radzieckie i amerykańskie z tego okresu. Szczególnie zapadł mi w pamięci radziecki radiowy odbiornik lampowy na … naftę. Radio to do normalnej pracy wymagało zapalenia odpowiedniej lampy naftowej, której abażur umieszczony był na stelażu wykonanym z termopar umieszczonych blisko źródła ciepła. Po zapaleniu lampy na zaciskach wyjściowych tego szczególnego zasilacza występowało napięcie, umożliwiające zasilanie anod i siatek lamp elektronowych (a może włókien żarzenia? – nie pamiętam). Z takim urządzeniem nie spotkałem się później już nigdy .

        Doświadczenia z uruchamianiem odbiorników TV spowodowały u mnie wewnętrzną potrzebę posiadania własnego telewizora – niestety realia finansowe (zarobki 1150,- zł – najtańszy odbiornik TV ok. 7.000,- zł) nie dawały szansy na zakup urządzenia. Postanowiłem więc najpierw zgłębić teoretyczne podstawy działania telewizji w czym doskonale pomogła mi książka Zdzisława Olszewskiego „Amatorskie odbiorniki telewizyjne” wydanie z 1964 r ale jednocześnie wywołała nieuzasadnione przekonanie o możliwości budowy  telewizora. Na szczęście skończyło się na „opracowaniu” schematu ideowego telewizora tranzystorowego wykorzystującego jako „kineskop” lampę oscyloskopową – bowiem przewodniczący GRN w Krempnej zakupił dla siebie nowy telewizor „tosca lux” a uszkodzony, stary neptun odsprzedał mnie za „niewygórowaną” cenę  niecałych trzech moich pensji miesięcznych. Radość była ogromna. Poświęciłem wiele wieczorów i poranków na zabawę z telewizorem – jego podstawowe uszkodzenie to oderwany wtyk z szyjki kineskopu – w szkle pozostały tylko wgłębienia z końcówkami doprowadzeń do poszczególnych elektrod. Na szczęście kineskop nie został rozszczelniony i w jego wnętrzu nadal panowała próżnia.  Ponieważ telewizor ów posiadał jakiś nietypowy kineskop 17- calowy ( w oryginale 14 cali), dlatego identyfikacja poszczególnych wyprowadzeń odbywała się poprzez obserwację konstrukcji mechanicznej elektrod. Zidentyfikowałem w ten sposób wyprowadzenia włókna żarzenia, siatki, katody, itp.  Wystarczyło przygotować dużą gumę myszkę, obsadzić w niej odpowiednią ilość szpilek krawieckich, do których zostały przylutowane odpowiednie przewody i całość umieścić na szyjce kineskopu za pomocą stosownych gumek zaczepionych o obudowę zespołu cewek odchylających. Kiedy wydawało się, iż wszystkie szpilki dotykają odpowiednich miejsc, włączyłem napięcie i telewizor ożył. Tak byliśmy zafascynowani jego pracą (już z żoną), iż przez kilka dni oglądaliśmy program bez umieszczania odbiornika w obudowie.  Uratowany Neptun służył nam jeszcze do roku 1975 w nowym naszym miejscu zamieszkania na Warmii   w Kamińsku k/Górowa Iławeckiego. Oczywiście podczas eksploatacji zdarzały się różne przypadki; zwarcie termistora i rezystora drutowego w obwodzie szeregowego żarzenia lamp spowodowało uszkodzenie prostowniczej diody krzemowej. Brak dostępu do odpowiednich części był źródłem wielu prowizorek. W tym przypadku diodę zastąpiła lampa prostownicza UY1N z „pioniera”, wymagająca niestety zasilania włókna  żarzenia napięciem 50V i prądem 0,1A. W tej roli doskonale sprawdził się regulowany, szkolny zasilacz. Zamiast rezystora drutowego redukującego napięcie w układzie żarzenia zastosowałem ze znakomitym skutkiem małe żelazko turystyczne, którego spirala miała odpowiednią rezystancję. Dodam jeszcze, iż po uszkodzeniu części triodowej lampy PCL82 pełniącej funkcję generatora odchylania pionowego do chwili zakupu nowej oglądaliśmy programy telewizyjne podając na siatkę części pentodowej  tej lampy napięcie sinusoidalne 50Hz o odpowiedniej wartości (sterowałem lampę przydźwiękiem sieci). Jedynymi niedogodnościami w tym przypadku była niezauważalna nieliniowość w pionie i brak synchronizacji (obraz najczęściej wolniutko przemieszczał się w górę lub w dół, ale czasem nawet się zatrzymywał).

            W roku 1972, kiedy mieliśmy już roczną córkę Beatkę, postanowiliśmy zmienić miejsce zamieszkania na bardziej przyjazne (warunki mieszkaniowe, komunikacja) – w wyniku zbiegu różnych przypadków pod koniec sierpnia 1972 roku znaleźliśmy się na północy Polski w Kamińsku koło Górowa Iławeckiego.

         Rozpoczął się nowy,14 letni okres w naszym życiu.Także moje zbliżanie się do prawdziwego krótkofalarstwa uległo pewnemu przyspieszeniu za sprawą Chorągwi Warmińsko – Mazurskiej ZHP oraz mojego sympatycznego (młodszego wiekiem) kolegi krótkofalowca Adama SP4CUF z Górowa Iławeckiego. 

                        W roku 1975 w „Gazecie Olsztyńskiej” ogłoszony został konkurs na wykonanie z dostarczonych części odbiornika do radiolokacji amatorskiej wg opisu Krzysztofa SP5HS – zgłosiłem udział, wykonałem urządzenie i otrzymałem w nagrodę dyplom i nagrody rzeczowe. Zostałem także zaproszony do udziału w uroczystości nadania Chorągwi Warmińsko – Mazurskiej ZHP imienia Janka Krasickiego. Uroczystości odbywały się w Giżycku, uczestniczyłem w zawodach „łowy na lisa” ale najistotniejszym był fakt obserwacji pracy radiostacji okolicznościowej. To niewątpliwie zadecydowało o moich dalszych, krótkofalarskich losach.

        W Górowie Iławeckim działali wówczas na niwie krótkofalarskiej dwaj bracia; Stanisław SP4HAT oraz Adam SP4CUF. To z ich inicjatywy powołany został klub SP4PEU  z siedzibą w miejscowy domu kultury.

             Nasz klub dysponował odbiornikiem krótkofalowym OK. 102 oraz amatorskim nadajnikiem wykonanym przez kolegę klubowego Józefa. Była to tranzystorowa wzbudnica fazowa ssb oraz lampowy wzmacniacz wcz zasilany z beztransformatorowego zasilacza. Młodsi koledzy przyzwyczajeni do nowoczesnych transceiwerów może nie wiedzą, iż nawiązanie łączności takim sprzętem wymagało pewnych zabiegów; należało oczywiście znaleźć za pomocą pokrętła strojeniowego odbiornika odpowiedniego korespondenta lub wolną częstotliwość, a następnie na zredukowanej mocy dostroić nadajnik do tej częstotliwości na słuch (zero dudnień), dopiero wówczas włączało się wzmacniacz nadajnika i wołało stację lub podawało wywołanie ogólne po uprzednim upewnieniu się o braku innych użytkowników tej częstotliwości.

                    Dzięki Adamowi stałem się członkiem tego klubu, uzyskałem licencję nasłuchową  i znak SP0018 OL . Do nasłuchów wykorzystywałem pierwotnie wypożyczoną RBM-kę, a później już własnoręcznie dostosowaną do nasłuchów emisji ssb radiostację 10RT. Wykorzystywałem także zbudowany w oparciu o schemat z Informatora Krótkofalowca z 1975 r  jednolampowy odbiornik nasłuchowy, a następnie wykonałem już „prawdziwe” radio; pięciozakresowy odbiornik lampowy wg SP5WW,z podwójną przemianą częstotliwości, przedstawiony w Radioamatorze z 1971r. Uczestniczyłem z dobrym skutkiem w wielu zawodach krótkofalarskich i gromadziłem karty za nasłuchy stacji z całego świata.

               Nadszedł rok 1981 – w listopadzie w miejscowym zakładzie karnym wystąpił bunt skazanych, czego konsekwencją było spalenie kilku pawilonów mieszkalnych i ogromne zniszczenia w jednostce. Pracowałem wówczas na stanowisku mistrza energetyka w miejscowym zakładzie produkcyjnym , na które to stanowisko skierowano mnie na własną prośbę w związku z kontynuowanie studiów zaocznych na Wydziale Elektrycznym Politechniki Białostockiej. W styczniu 1982 r mój przełożony, kierownik działu, którego żona pracowała na centrali telefonicznej, poinformował mnie, że do Olsztyna przekazywana była telefonicznie informacja o mojej aktywności nadawczej (z ukierunkowaniem na Wolną Europę) w czasie buntu osadzonych w miejscowym więzieniu. Potraktowałem to jako żart, ponieważ nie miałem wówczas ani właściwej licencji , ani urządzenia nadawczego ani odpowiednich anten. Mój kierownik jednak nie sprawiał wrażenia żartownisia. Po kilku dniach sprawa wyjaśniła się. Poproszono mnie, bez bliższych wyjaśnień, o podejście do bramy zakładu – tam pan w długim płaszczu pokazał legitymację pracownika KW MO w Olsztynie, poprosił o zajęcie miejsca na tylnym siedzeniu czarnej limuzyny (pomiędzy dwoma smutnymi panami) i samochód ruszył. W trakcie jazdy pan zajmujący miejsce obok kierowcy zapytał mnie mimochodem czy jestem krótkofalowcem – do świadomości dotarły natychmiast uwagi mojego przełożonego – a z dalszej rozmowy wynikało, że panowie jadą na przeszukanie do mojego mieszkania. Uspokojony pokazałem zainteresowanym mój kącik radiowy, literaturę  a następnie po odwiedzeniu jeszcze garażu panowie podziękowali i odjechali. Do pracy z powrotem musiałem wrócić sam piechotą.  Tak zakończyła się moja przygoda ze służbami bezpieczeństwa. Zastanawiałem się dopiero potem, czy nie zmienił by się charakter wizyty gdyby panowie podczas przeszukania odkryli w szafie  w przedpokoju sprawną radiostację z demobilu A7B, o której wtedy całkowicie zapomniałem (na szczęście), a której oczywiście nie wykorzystywałem do łączności - trafiła ona kilka lat temu do zbiorów nieodżałowanego Tadzia SP7L.

               Kilka lat później, w 1986 r pojawiła się możliwość zmiany miejsca pracy  w drodze przeniesienia służbowego do Uherzec Mineralnych w Bieszczadach, z czego ze względu na bliskość terenów rodzinnych (Beskid Niski) skwapliwie skorzystałem. Oczywiście po przeprowadzce zacząłem natychmiast poszukiwać kontaktów  z miejscowymi krótkofalowcami. Pomocą w tym zakresie służył mi wydany przez Biuletyn Krótkofalowców callbook.                                                   

               Pierwszym, namierzonym nadawcą okazał się nieżyjący już niestety Zbyszek SP8IC z Sanoka, który po krótkiej rozmowie telefonicznej zaprosił mnie do siebie. Okazał się bardzo sympatycznym i bezpośrednim, mimo że nieco starszym ode mnie, krótkofalowcem. Jego zainteresowania konstrukcjami radioamatorskimi, filmem, fotografią, muzyką a także poezją czyniły z niego człowieka renesansu. Podczas jednego z pobytów u Zbyszka miało miejsce pewne, z perspektywy czasu zabawne, zdarzenie. Byliśmy sami w mieszkaniu, Zbyszek postanowił poczęstować mnie herbatą – postawił więc czajnik z wodą na gazie w kuchni a obaj w jego królestwie zajęliśmy się dyskusją na tematy techniczne. W pewnym momencie Zbyszek poderwał się  z krzesełka, nerwowo zaczął rozglądać się po pokoiku i wybiegł do przedpokoju. Niestety nie miałem pojęcia o co chodzi (od dwudziestu lat jestem niestety pozbawiony sprawności zmysłu powonienia) ale w przedpokoju już było ciemno od kłębów dymu. Z postawionego na gazie czajnika pozostała tylko dolna, metalowa część, natomiast plastikowe elementy wraz z uchwytem zamieniły się w dymiący, czarny kleks. Na nieszczęście w tym czasie do mieszkania powróciła żona Zbyszka wraz z synem – a ja po angielsku, przepraszając od progu wycofałem się na klatkę schodową.

            Zbyszek zapoznał mnie z innymi Kolegami – Jankiem SP8MJ, Tadziem SP8SRS, Jankiem SP8BPX, Marianem SP8BOZ i innymi członkami sanockiego klubu SP8PAB. Zgłosiłem także akces przynależności klubowej i jestem jego członkiem do chwili obecnej. Warto dodać, iż z naszego klubu wywodzi się także Kolega Tomek SP5CCC , który co roku odwiedza nas przy okazji pobytu w rodzinnym mieście.

           W roku 1990 otrzymałem zezwolenie na posiadanie i używanie amatorskiej radiostacji i znak SP8TJK. Pierwsze urządzenie to wypożyczony z klubu radiotelefon lampowy FM 102 współpracujący z anteną GP na 144 MHz. Główną wadą, poza mało sprawną anteną, stanowiły obwody wejściowe  odbiornika radiotelefonu, które wymagały częstego  dostrajania. Próby nawiązywania łączności lokalnych ograniczone do stacji     z Sanoka, Leska i Ustrzyk Dolnych, niosły także niebezpieczeństwo odbierania mojego sygnału za pomocą odbiorników radiowych i telewizyjnych na moim osiedlu. Powszechnie stosowane anteny siatkowe z wzmacniaczami szerokopasmowymi  o dużym wzmocnieniu były szczególnie uczulone na częstotliwości ok. 145 MHz. Kiedy żona po powrocie z pracy w odległym od naszego bloku o ok. 300m przedszkolu  powiedziała, iż słyszała mnie w radio na tle audycji dla dzieci nadawanej w paśmie UKF zwątpiłem, i wyniosłem się na działkę rekreacyjną zmieniając jednocześnie antenę z GP na kierunkową  Yagę 12 elementową wg SP6LB. Uruchomiony w tym czasie przemiennik  w okolicach Krosna umożliwiał nawiązywanie łączności w paśmie 2 m na dalsze odległości ale także częste i szersze kontakty z krótkofalowcami z regionu. W pracy na UKF-ie posługiwałem się urządzeniami pracującymi z modulacją FM takimi jak przestrojony radiotelefon ZEW, przenośna nieśmiertelna 315 a także ręczny radiotelefon ALBREHT 144.

             Po uzyskaniu w 1998 roku zezwolenia kategorii I rozpocząłem pracę na falach krótkich na zakupionym transceiwerze WOŁNA, z którym pierwotnie współpracowała antena dipolowa (2 x 19,5 m) a następnie delta na 80 m. Ten skromny sprzęt pozwalał mi na nawiązywanie łączności na pasmach KF (bez WARC) ze wszystkimi kontynentami świata emisją SSB.  Fakt, iż mieszkam w „głębokim terenie”, gdzie nawet fale radiowe    i telewizyjne docierają bardzo osłabione, powoduje, że praca na radiostacji może odbywać się tylko w określonym czasie – godziny poranne lub późna noc – w innym przypadku docierają  do mnie uwagi o zakłóceniach, których źródłem w „każdym przypadku” jest moja radiostacja. Decydują o tym wspomniane wyżej szerokopasmowe, telewizyjne anteny siatkowe. Pociesza mnie jednak fakt, iż przy oknach mieszkań coraz częściej pojawiają się anteny satelitarne – teleabonenci korzystają z sygnałów dostarczanych z satelity telekomunikacyjnego, których stacja amatorska już nie zakłóca. Póki co postanowiłem zająć się pracą na urządzeniach QRP własnej produkcji.

                Płytka drukowana minitransceivera  ANTEK, opracowanego przez Andrzeja SP5AHT, poszła na pierwszy ogień. Zmontowałem odbiornik wgpierwotnego schematu z filtrem kwarcowym 4.433… MHz, który „ruszył” natychmiast po podłączeniu zasilania. Niestety stabilność VFO była bardzo niezadowalająca. Po artykule Włodka SP5DDJ  w n-rze 10/2004 ŚR zastosowałem w VFO stare kondensatory „czekoladki” i problem się skończył. Stabilność tego pierwotnego układu okazała się  dobra. Kolejny etap to budowa i uruchamianie stopień po stopniu nadajnika. Dobierałem punkty pracy  i sprawdzałem jakość sygnału każdego stopnia po kolei. Stopnie z tranzystorami sterującymi funkcjonowały bez zarzutu – przystąpiłem więc do wykonania stopnia końcowego wg schematu. Niestety każda próba ustalenia punktu pracy wzmacniacza mocy kończyła się wzbudzeniem nadajnika. Konstrukcja poszła „do szuflady” , skąd wyciągnąłem ją po artykule Henryka SP2JQR w numerze 5/2005 ŚR. Zmodernizowałem stopień mocy, zmieniłem tranzystor na IRF530, zastosowałem szereg kondensatorów odprzęgających jak na zdjęciu i… nic. Sytuacja bez zmiany. Niestety opis zmian połączeń drukowanych na płytce w okolicy wspólnego dla RX i TX filtru wyjściowego był na tyle (dla mnie) mało szczegółowy, że poza jednym połączeniem masy odszyfrowanym na zdjęciu nie ingerowałem ze skalpelem w układ. I tu moim zdaniem popełniłem błąd, gdyż późniejsze doświadczenia wykazały, iż właśnie we wspólnym filtrze leżała przyczyna wzbudzeń.

                         Po tym niepowodzeniu na dodatkowej płytce zamocowanej do posiadanego radiatora zmontowałem stopień końcowy ze zmianami wprowadzonymi przez SP2JQR. Próba uruchomienia tego stopnia powiodła się – mogłem ustalać prąd drenu na poziomie 200 mA bez wzbudzeń. Po podaniu sygnału SSB z TR2 na wyjściu otrzymałem silny i prawidłowy sygnał wyjściowy (próbny odsłuch na mojej ‘Wołdze” ).

                       Poziom mocy wyjściowej sprawdzałem amatorskim miernikiem mocy w.cz. (opis w n-rze  12/2004 ŚR) – jakież było moje zaskoczenie, kiedy wskazówka na zakresie 5W oparła się na końcu skali. Musiałem wrócić do miernika mocy, dobudować zakres 10 W i ponownie zmierzyć moc wyjściową ANTKA. Okazało się, iż bez szczególnych zabiegów przekracza ona 10 W. (potwierdzał to pomiar napięcia w.cz. na sztucznym obciążeniu - ok.40V!) Aby być w zgodzie z normami QRP ustaliłem poziom mocy SSB na 10 W i odłączyłem przyrząd. Nastąpił teraz najbardziej ekscytujący moment – podłączyłem antenę delte poziomą na 80 m ( a raczej to, co z niej zostało po ostatnich wichurach) za pośrednictwem skrzynki antenowej i przestrajając VFO usłyszałem stację SP6OPZ (10.11.2006 godz. 15:20 UTC), która odpowiedziała na moje zawołanie raportem 56 i pozytywną informacją o sygnale. W  czwartej z kolei łączności    z SP8UFR otrzymałem informację, iż moja modulacja „nieco płacze”  - pomiar napięcia zasilającego w momencie maksymalnego wysterowania stopnia mocy wykazywał spadek do 10 – 11V co zakłócało pracę stabilizatora napięcia 9V zasilającego VFO. „Na prędce” ze znajdującego się pod ręką dużego transformatora , tranzystorów 2N3055 i BC211 oraz kondensatorów i diody zenera 15 V zmontowałem zasilacz stabilizowany dający na wyjściu 13,5 V o znacznej wydajności prądowej. Znów musiałem nieco skorygować moc wyjściową, która wzrosła i przy kolejnych łącznościach ze stacjami SP  i OK otrzymywałem już raporty 56 – 59 oraz bardzo pozytywną ocenę sygnału.

                  Reasumując – po, w sumie, drobnej ingerencji w układ wyjściowy nadajnika uzyskałem znakomite urządzenie home made do pracy w paśmie 80 m służące mi do dzisiaj w zawodach w kategorii QRP. Odbiór na 80-tce jest lepszy niż przy użyciu mojego nowego TRX-a FT-450AT.

                   Obecnie na warsztacie znajduje się TAURUS na pasmo 14 MHz oraz odbiornik LIDIA wg Włodka SP5DDJ a na półce stoi nowy generator DDS wykonany samodzielnie przy nieocenionej pomocy Adama SQ5RWQ.

             W związku z „zabawą” w budowanie urządzeń elektronicznych – w tym także nadawczych QRP – w moim kąciku technicznym znajdują się przeważnie urządzenia pomiarowe i pomocnicze wykonane własnoręcznie.  Fabryczne przyrządy to jedynie mierniki uniwersalne i oscyloskop. Ogromną pomocą są dla mnie (tak jak kiedyś „Horyzonty Techniki dla Dzieci”) „Świat Radio”, „Elektronika dla Wszystkich”, „Elektronika Praktyczna”, które prenumeruję od 1 numeru.

         Oprócz zajęć warsztatowych i pracy w eterze staram się czynnie uczestniczyć         w pracy naszego klubu SP8PAB w Sanoku. Miałem ogromne szczęście poznać osobiście Janka SP8MJ i aktywnie włączyć się w obchody 60-lecia jego pracy w eterze. Warto przy tej okazji wspomnieć przynajmniej jego sylwetkę cytując mój tekst, który ukazał się w numerze 4 miesięcznika QTC z 1997 r.  

                                                                                          

               „ W marcu 1937 roku w eterze pojawiła się , jedna z jeszcze niezwykle nielicznych przed 60-ciu laty , polska radiowa stacja amatorska. Jej operatorem był 25-letni członek  Lwowskiego  Klubu Krótkofalowców  -  Jan ŚWITALSKI   SP1MJ.

                 Od momentu wstąpienia do klubu włączył się czynnie   w jego działalność pełniąc obowiązki sekretarza. Aktywność w eterze nie była mniejsza od aktywności społecznej – pracując głównie emisją CW już w grudniu 1937 r. uzyskał pierwszy dyplom WAC , a do września 1939 przeprowadził około 3000 QSO z 80 krajami w/g DXCC. 

             Okres okupacji to kolejna piękna karta w długoletniej historii krótkofalarskiej Pana Jana. Praca w Instytucie prof. Weigla przy obsłudze urządzeń elektrycznych to tylko pozory , faktycznie montował i testowałradiostacje w/g projektu Jana Ziębickiego –SP1AR dla potrzeb Armii Krajowej, w której ponadto pełnił funkcję telegrafisty. W roku 1945, po ponownym wkroczeniu Armii Czerwonej do Lwowa, został aresztowany przez NKWD i po wielokrotnych przesłuchaniach skazany na 10 lat obozu pracy. Szczęśliwie po trzech latach zesłania wrócił do Polski i w sierpniu 1948 roku osiedlił się z rodziną    w Sanoku.

                Próby powrotu do krótkofalarskiego hobby utrudniała konspiracyjna przeszłość, jednak Jan w sposób niezwykle konsekwentny, nie bez pomocy spotkanego w Sanoku Kolegi Zbigniewa - także byłego członka LKK , późniejszego SP8IC , oraz innych  uzyskuje powtórnie licencję nadawcy i nowy znak  SP8MJ. Rozpoczęty od nowa drugi etap pracy krótkofalarskiej trwa do dziś. W roku 1966 wraz ze Zbyszkiem SP8IC oraz Czesławem SP8AJS zakłada Bieszczadzki Klub Krótkofalowców, który funkcjonuje pod znakiem SP8PAB  i przez wiele lat pełni funkcję jego prezesa.

           Członek Światowego Związku Żołnierzy AK, Związku Sybiraków za swą aktywność w pracy społecznej szczególnie z młodzieżą zainteresowaną radiową łącznością amatorską, uhonorowany został wieloma odznaczeniami państwowymi i regionalnymi.

               Dodać należy, iż obecnie jest Honorowym Członkiem PZK - posiada także jeden z najliczniejszych w świecie zbiór dyplomów krótkofalarskich ( ok. 700 szt !) a od blisko ćwierćwiecza prowadzi profesjonalnie Biuro QSL okręgu SP8.                    

                        Z okazji  60 rocznicy uzyskania licencji nadawcy w środę 5 marca 1997 r w mieszkaniu Pana Jana w Sanoku spotkali się jego wychowankowie - członkowie Bieszczadzkiego Klubu Krótkofalowców z życzeniami jeszcze wielu lat aktywności amatorskiej , doskonałego samopoczucia oraz wielu DX !  Wspomnienia z przedwojennej  pracy krótkofalarskiej Jubilata wypełniły wieczór a stanowić mogą szczególnie dla młodszych kolegów doskonałą lekcję odpowiedzialności, odwagi, patriotyzmu i zaangażowania       w sprawy społeczne  a także wysokiej kultury pracy w eterze.             

                        Ten wyjątkowy  jubileusz odnotowały także środki masowego przekazu - "Nowiny" z 5 marca wydrukowały artykuł opisujący sylwetkę Pana Jana, podobnie "Podkarpacie” z 12 marca. Polskie radio Rzeszów i Radio lokalne FAN nadały informacje na ten temat , Wywiad z jubilatem ukazał się też w TV Rzeszów. Ogromne zainteresowanie mediów świadczy o wysokiej randze wydarzenia i stanowi doskonałą promocję naszego hobby.

                                                                  Adam sp8tjk   - Uherce”

                     

                          Niestety  Janek SP8MJ już nie podejmie mikrofonu – niemal dokładnie w dwa lata po uroczystościach rocznicowych jego klucz zamilkł na zawsze. Pożegnaliśmy go na cmentarzu w Sanoku.  Odszedł także Zbyszek SP8IC – jego śmierć zaskoczyła nas ogromnie - zawsze radosny  i niezwykle koleżeński już nie przyniesie na spotkanie Wigilijne swej nalewki „Duperelina forte” , którą w sposób symboliczny wznosiliśmy także noworoczne toasty.  Pozostają wspomnienia stanowiące treść corocznych spotkań zimowych u Janka SP8BPX , który gości nas w swoich prywatnych apartamentach – zaś latem już od kilku lat zaprasza nas do siebie na działkę rekreacyjną Janusz SP8UZI z żoną Beatką. Dzięki tym spotkaniom krótkofalarstwo, mimo technicznej specyfiki,  nabiera innego, jeszcze bardziej „ludzkiego” wymiaru a bezpośrednie kontakty zacieśniają przyjaźnie wśród jego pasjonatów.

            W swoim życiu na pierwszym miejscu stawiałem zawsze sprawy istotne dla mojej rodziny – w drugiej zaś kolejności moje osobiste potrzeby hobbystyczne. Być może dlatego moje osiągnięcia, sprzęt, którego jeszcze używam nie jest najwyższych lotów – niemniej jednak  obecnie przychodzi czas na nieco inwestycji także w tym zakresie. W kąciku radiowym stoi już nowy transceiwer i być może będzie mobilizował do zajęcia się emisjami cyfrowymi. Obecnie przebywam na emeryturze – mam więc więcej czasu - cieszę się ogromnie spotkaniami z wnukami, reanimuję stare odbiorniki radiowe a szczególnie pochłaniają mój czas (i niestety pieniądze) prace na działce         w Beskidzie Niskim w kwadracie KN09OM, skąd czasami mnie słychać pod znakiem sp8tjk/9. Z tym miejscem wiążę dalsze nadzieje możliwości pracy krótkofalarskiej także na falach UKF choćby ze względu na położenie mojego „rancza” – wysokość 620 m n.p.m. i brak bliskich sąsiadów, którym ewentualnie mógłbym zakłócać odbiór RTV. Domek już stoi – czas więc na anteny z prawdziwego zdarzenia i…  spotkania                 z kolegami odwiedzającymi Beskid Niski. Cieszy mnie także fakt, iż najstarszy wnuk Michał zainteresował się naszym hobby i być może niedługo zasili szeregi krótkofalowców.

                                                                        Adam Baniak  

                                                                                     sp8tjk